Ochy i achy nad „Tysiącem jesieni Jacoba de Zoeta”

tysiac-jesieni-jacoba-de-zoetaBłogosławiona niech będzie Nagroda Waltera Scotta, a zwłaszcza jej listy finalistów. Książki znajdujące się na nich zasługują wszystkie, nie tylko laureaci, na poznanie. Gdyby, dajmy na to, przyszło mi do głowy czytać tylko zwycięzców, nie wzięłabym do ręki „Tysiąca jesieni”, a to byłby karygodny błąd.

Mam nawet ochotę obcesowo zbuntować się nawet i splunąć na werdykt jury z 2011 roku, zostawiający Mitchella na liście „zaledwie” finalistów, ale nie mogę, bo zwycięskiej powieści nie czytałam. Przeczytam. Wtedy pewnie wpadnę w furię. Powzięłam bowiem podejrzenia, że historia Jacoba de Zoeta przegrała tylko dlatego, że tematyka zwyciężczyni (niewolnictwo w Ameryce północnej) według decydentów bardziej zasługiwała na wyróżnienie ze względów politycznych, a przede wszystkim była jury bliższa i bardziej oswojona. „Tysiąc jesieni” należy przecież do powieści historycznych poruszających tematykę niszową, której znajomość może uprzyjemnić, ułatwić i przede wszystkim pozwoli w pełni docenić lekturę. A proszę podnieść łapkę do góry, ile z czytających ten tekst wie, co stało się w Nagasaki w 1808 roku? Czytaj dalej „Ochy i achy nad „Tysiącem jesieni Jacoba de Zoeta””

Reklamy

„Honor samuraja” T. Matsuoka

Ogłoszenie: poniższy tekst jest wytworem wyobraźni. Wszelkie podobieństwo do osób bądź rzeczywistych wydarzeń jest przypadkowe. Choć rzeczywistość mogła tak wyglądać.


 

Teatrzyk „Wybebeszony Tapir” przedstawia:

„Jak to się mogło stać?” czyli krótka fantazja na trzy łby o kreatywnym marketingu wydawniczym.


 

Osoby dramatu:

1. Tłumacz, dalej zwany T. Posiada: sporo dystansu do rzeczywistości (inaczej by nie przeżył) i mózg.
2. Impetyczny menedżer działu sprzedaży – M. Posiada: krawat w kaczuszki i ostatnie słowo.
3. Zahukana redaktorka, zdecydowanie nie jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu – R. Posiada: laptopa i dostęp do bazy danych wydawnictwa.


Czytaj dalej „„Honor samuraja” T. Matsuoka”

Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine”

Verne, oprócz powieści fantastycznych i przygodowo-podróżniczych, parał się też gatunkiem historycznym. Ta część jego twórczości jest zdecydowanie mniej znana szerokiej publiczności. Na przykład taki „Hrabia de Chanteleine” nie doczekał się jeszcze nawet tłumaczenia na polski. Cóż, nie da się ukryć, że na tle podróży dookoła świata czy lotów na księżyc, historia jakiejś kontrrewolucyjnej, bretońskiej ruchawki, w dodatku opowiedzianej na przykładzie losów jednej i to już na wstępie brutalnie zdekompletowanej rodziny, może wydać się niezbyt interesująca. Eufemistycznie rzecz ujmując.

Mimo wszystko jest to wciąż integralna część popularyzatorskiej prozy autora. Taki był przecież pochwały godzien cel pisarza: pakowanie do łbów młodzieży wiedzy na temat najnowszych odkryć naukowych, przyrodniczych, ale też mało znanych wydarzeń historycznych i politycznych (aczkolwiek dotyczy to raczej najświeższej dla Verne’a historii XIX-wiecznej). Czytaj dalej „Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine””

Bo Dumas wielkim pisarzem był

„Quo Vadis” to plagiat!

Żartowałam. Zwanie tego plagiatem to spora przesada, ale przecież można sobie na ten temat dowcipkować. Kto mi zabroni? Faktem jest, że w wydanej pół wieku wcześniej przed wypocinami naszego słynnego rodaka, „Akte”, w Polsce figurującej pod tytułem „Neron” (wtf?*) i praktycznie nieznanej, znajdziemy wiele motywów znanych nam z rzeczonego dzieła.

Dekadencki Rzym?

Jest.

Chrześcijanie kitrający się w katakumbach?

Są.

Rzucanie tychże lwom na pożarcie ku uciesze gawiedzi?

Jest.

Malowniczy pożar Rzymu?

Też jest.

Dogorywający św. Paweł?

Też się znajdzie.

Śpiewający Neron?

Owszem, śpiewa (aczkolwiek nie fałszuje).

Dziewoja na arenie rzucona na pastwę byka?

Jest, tylko Ursus jakiś mniejszy i, jakby nie patrzeć, z przypadku. Czytaj dalej „Bo Dumas wielkim pisarzem był”

„Lisowczycy” A. F. Ossendowski

LisowczycyNic dziwnego, że Ossendowski popadł w zapomnienie. Niegdysiejszy rywal Sienkiewicza (powieści historyczne „kupo-krzepieniu” obu autorów należały bowiem do tej samej niszy i miały tego samego odbiorcę) dziś jest znany jedynie garstce, chciałbym powiedzieć pasjonatów, ale bliższe prawdzie będzie określenie tej publiki jako przypadkowej. Posłużę się sobą jako przykładem: o autorze nie wiedziałabym zapewne wcale, gdyby nie moja fascynacja relacjami z Japonii i ogólnie literaturą okołojapońską, a Ossendowskiemu zbiór opowiadań na ten temat też zdarzyło się popełnić. O „Lisowczykach” natomiast dowiedziałam się z reklamy w pewnym szmatławym periodyku historycznym. Jako że takie piśmidła propagują radośnie, acz bezkrytycznie wszelkie wydawnictwa traktujące o historii wielkiego-narodu-polskiego, tekst reklamy zachęcił mnie do przetestowania powieści na sobie. A byłoby lepiej dla nas wszystkich gdyby do tego nie doszło, bo nie kopałabym teraz leżącego (zanotować na przyszłość: reklamy książek potrafią być tak samo podłe i mylące, jak reklamy sklepu nie dla idiotów).

Podobno zapomnienie w jakie autor popadł należy przypisać względom politycznym: jako że podpadł władzy nieprzychylną publikacją o Leninie, aparat partyjny skazał go na banicję. Wyjaśnienie to jednak jest zbyt optymistyczne i zataja prawdziwy stan rzeczy. Nie chcąc wypowiadać się na temat całej twórczości autora, gdyż byłoby to krzywdzącym uogólnieniem, mogę jednak ze spokojnym sumieniem rzec, że „Lisowczycy” na miano powieści ponadczasowej nie zasłużyli. Czytaj dalej „„Lisowczycy” A. F. Ossendowski”

„W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel

w komnatach wolf hallNie widzę większego sensu, ani wartości dodanej w zachwalaniu książki, nad którą wszyscy wokół, włącznie z jury nagród literackich, się rozpływają (rozpływali, bo jak zwykle, czytam z opóźnieniem paroletnim). Co pozytywnego miało zostać powiedziane na ten temat, już padło.

Jedyne co mogę dla tej książki zrobić, a co nie byłoby wtórne, to podzielić się moim osobistym spojrzeniem miłośniczki powieści historycznych każdej maści. Choć i taki punkt widzenia nie będzie niczym nowym, bo pod tym kątem pochyliło się nad H. Mantel już jury nagrody Waltera Scotta, mniej znanej co prawda niż prestiżowa nagroda Bookera, którą wydania „W komnatach Wolf Hall” epatują z okładki, ale dla mnie, osobiście, ważniejszej. To finaliści nagrody Waltera Scotta są bowiem główną przyczyną corocznego wydłużania się mojej listy „do przeczytania”, podczas gdy laureaci Bookera zazwyczaj, jak dobrze pójdzie, lądują na liście „do przeczytania, kiedyś, może, jak wcześniej nie sczeznę”. Czytaj dalej „„W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel”

Znowu Lisa. „Miłość Peonii”

milosc peoniiZ każdą kolejną przeczytaną książką Lisy See rośnie moje zaskoczenie.  Nie dziwi mnie już wcale fakt, że w gatunku tych czysto rozrywkowych to świetne książki. Gdyby takimi nie były, autorka nie cieszyłaby się przecież takim powodzeniem*. Jednakże bogactwo informacji na temat kultury i historii Chin, refleksje na temat losu tamtejszych kobiet, ukryte pod płaszczykiem łzawej romansowej fabuły, wzbudzają szacunek. Trzeba tylko mieć wystarczająco dobrych chęci, by zobaczyć w tej książce coś więcej niż sercowe perypetie nastoletniej kozy.

Tytuł powieści jest zwodniczy. Już z „Kwiatu śniegu i sekretnego wachlarza” podśmiewałam się szyderczo, gdyż z powodzeniem może służyć jako odstraszacz wrogów literatury kobiecej, a występujący tu czasem gościnnie Hieronim Truchło ujrzawszy ten tytuł odwrócił się na pięcie i uciekł. Cóż więc mogę rzec o czymś co nosi tak sugestywny tytuł jak „Miłość Peonii” ? Jednakże uznając powieść za zwykły romans, nie można się bardziej mylić. Czytaj dalej „Znowu Lisa. „Miłość Peonii””

Patrick DeWitt „Bracia Sisters”

bracia-sistersZa mało cukru w cukrze i za mało Dzikiego Zachodu w westernie. Mogłoby być tu więcej kalifornijskiego kurzu, piachu, pijanych kowbojów wytaczających się z saloonów, albo chociaż jakichś sztampowych pojedynków rewolwerowców, odbywających na miejskim placu w samo południe. A tu ani tego, ani nawet żadnego Indianina na horyzoncie, nie mówiąc już o dotkliwym braku zdeprawowanego szeryfa z ironicznym uśmieszkiem charakterystycznym dla typów mających władzę i chętnie jej nadużywających .

No dobrze, przyznam szczerze, że moja wizja westernów jest bardzo wypaczona przez filmy klasy B. Na swoją obronę mogę tylko rzec, że gatunek ten traktuję i będę traktować jako niewymagającą intelektualnego wysiłku rozrywkę i takie też są moje oczekiwania wobec westernów, zarówno w formie filmowej, jak i książkowej. Czytaj dalej „Patrick DeWitt „Bracia Sisters””

Lisa See „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz”

kwiat-sniegu-i-sekretny-wachlarzMówi się, że mężczyźni mają żelazne serca, natomiast serca kobiet zrobione są z wody. Bardzo dobrze widać to na przykładzie pisma mężczyzn i kobiet. Męskie pismo składa się z ponad pięćdziesięciu tysięcy znaków – każdy z nich jest inny, każdy pełen głębokich znaczeń i niuansów. Nu shu ma mniej więcej sześćset znaków, którymi posługujemy się fonetycznie, jak dzieci, budując z nich koło dziesięciu tysięcy słów. Poznanie i zrozumienie pisma mężczyzn zajmuje całe życie, natomiast my uczymy się swojego jako dziewczynki i nadajemy wyrazom znaczenie w zależności od kontekstu. Mężczyźni piszą o zewnętrznym świecie literatury, rachunków i zbiorów, a kobiety o wewnętrznym świecie dzieci, codziennych zajęć i uczuć. Mężczyźni z domu Lu chlubili się płynną znajomością nu shu, jaką wykazywały się ich kobiety, a także ich biegłością w haftowaniu, chociaż te zdolności były akurat tak ważne dla przetrwania rodu jak pierdnięcie świni.*

O Lisie See już pisałam, aczkolwiek nie pamiętam czy zrzędziłam. Mam jakieś mętne przebłyski pamięci podpowiadające, że książka poprzednio czytana była dobra. I nic więcej. To zapewne znaczy też, że niespecjalnie bardzo się wtedy piekliłam, bo tego akurat bym nie zapomniała. Owszem, zrzędzenie i ciskanie obelgami to moja specjalność, ale staram się opierać moje utyskiwania na konkretnych zarzutach i to dobrze przemyślanych. Toteż fragmenty, które mnie zirytowały, zniesmaczyły bądź odrzuciły, głęboko zapadają w pamięć. Inaczej zaś jest z książką jedynie (i aż) dobrą w kategorii czysto rozrywkowej beletrystyki.

Czytaj dalej „Lisa See „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz””

„Wojna Opiumowa” & „Księżycowy Kamień” José Frèches

okladka-200Oto namacalny dowód (książkę można sobie przecież pomacać, nawet powąchać, albo dopuścić się innych czynów lubieżnych) na to, że od ekspertyzy w danej dziedzinie (tu sinologia) do literatury daleka, wyboista droga. A czasem takiej drogi wcale nie ma. Wtedy lepiej, żeby taki ekspert został sobie na przykład kustoszem w muzeum orientalnym, a nie wtryniał się na siłę w literaturę, bo z tego może zrodzić się potwór. A monstrualność jego objawi się pod postacią awanturniczej fabuły kpiącej sobie z zasad prawdopodobieństwa, mnogości bohaterów, których poglądy religijne – w przypadku „Imperium Łez” związane nierozłącznie z seksem (wrócimy do tego) – ewoluują szybciej niż pokemony, a wszystko to okraszone stylem popadającym miejscami w kicz. Czytaj dalej „„Wojna Opiumowa” & „Księżycowy Kamień” José Frèches”