Notka o „Balzaku i chińskiej krawcównie” Dai Sijie

balzac-i-chinska-krawcownaZ historią opowiedzianą w „Balzaku i chińskiej krawcównie” spotkałam się jako szczyl, zupełnie przypadkiem, gdy szacowne grono pedagogiczne, nie wiedzieć czemu, może w ramach eksperymentu na zwierzętach, postanowiło wysłać grupkę pryszczatych nastolatków do kina akurat na ten film. Z perspektywy czasu ośmielam się twierdzić, że produkcja ta, choć dość przyjemna w odbiorze i momentami zachwycająca nawet dla niewyżytych licealistów (najlepszym dowodem na wrażenie jakie film pozostawia jest fakt, że przeszło 15 lat później dość dobrze go pamiętam, a zazwyczaj mam sklerozę), porusza jednak kwestie zbyt poważne by młody żółtodziób ogarnął je swym małym rozumkiem.

Co prawda fabularnie i językowo historia jest dość prosta: to opowieść o dojrzewaniu uczuciowym dwóch nastolatków skazanych na reedukację w czasie rewolucji kulturalnej w CHRL. Autor troskliwie prowadzi czytelnika za rączkę, wyjaśniając też pobieżnie, czym ówczesne czasy były i skąd wzięły się problemy bohaterów. Na tym poziomie historia jest prosta. Trudniejszą częścią jest zrozumienie motywacji bohaterów (zwłaszcza tytułowej krawcówny), które nie są przedstawione w tekście wprost, a wyczytanie ich między wierszami, wyłuszczenie subtelności, wymaga już trochę wysiłku.

Z niekłamaną przyjemności wróciłam po latach do książkowej wersji, odnajdując w niej, w przeciwieństwie do młodzieńczego, powierzchownego zauroczenia zaskakująco (jak na tak prostą historię) głębokie przesłanie.


Dai Sijie „Balzac i chińska krawcówna”, przeł. Maria Braunstein, MUZA, Warszawa, 2001

Reklamy

M. Houellebecq „Uległość”

Michel H. to ten typ autora, który włożyłby nawet majtki na łeb, byle tylko narobić trochę szumu wokół swoich wypocin. Co prawda, w ostatnich powieściach trochę pazur mu się przytępił (Starzejesz się Michel?), ale wciąż, podtrzymując swój image, czuje się najwidoczniej zobowiązany szokować, uciekając się na przykład do wulgarnych opisów seksu, bo przecież „to” się sprzedaje. A przecież to zupełnie niepotrzebne. Zarówno poruszana tematyka, jak i warstwa językowa są wystarczającym powodem by na „Uległość” zwrócić uwagę. Dowcipu i płynności stylu Houellebecqa, których nie niweczy nawet tłumaczenie, jak to często się zdarza, mógłby pozazdrościć niejeden wprawny pisarz. Z kolei tematyka, cóż, nie jest tym, czego można by oczekiwać dając posłuch chybionej promocji. Przeciwnie, jest to powieść dużo lepsza niż można byłoby się po tych ograniczonych opisach spodziewać. Czytaj dalej „M. Houellebecq „Uległość””

Znowu Balzac. Garść uwag po lekturze „Sakiewki”

Będzie krótko, bo po kiego czorta mam się rozpisywać na temat tekstu, którego przeczytanie tempem żółwim zajmuje najwyżej dwie godziny. Idziecie przeczytać tę „Sakiewkę”. Nie zajmie dużo czasu. Korzyść dla ludzkości co prawda żadna, ale i tak większa niż czytanie moich wypocin.

Dwie uwagi dla potomności: Czytaj dalej „Znowu Balzac. Garść uwag po lekturze „Sakiewki””

Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)

Od w miarę oczytanego, obytego z klasyką człowieka, można oczekiwać znajomości Stendhala (no chociaż ze słyszenia) oraz, że hasło „Czerwone i czarne” nie będzie mu całkiem obce. Choć mój ulubieniec jest obecnie zdecydowanie mniej popularny niż kiedyś, wciąż z kanonu go nie wygryziono, a szanujący się romanista przynajmniej dzieło flagowe tego autora znać musi. Gorzej z resztą twórczości. Szczęśliwcy sięgną po „Pustelnię parmeńską”, ktoś coś skojarzy o jakimś tam Lucjanie, a ktoś w akcie wyszukanego snobizmu może przypomnieć o „Pamiętniku egotysty”. Swoją drogą, przed zajęciem się karczowaniem braków w wykształceniu, bardzo długo myślałam, że tytuł tej ostatniej pozycji brzmi „Pamiętnik egzorcysty”. Wybacz Henri, tak jakoś wyszło, bo czytać nie umiem i literki przestawiam.

Na tle tej bibliografii, „Różowe i zielone” jest stosunkowo mało znane, ba, często nawet nie figuruje na listach dzieł Stendhala. Przyczyna jest prosta: mamy do czynienia z dziełem niedokończonym, prawdę mówiąc zaledwie napoczętym, w którym fabuła (choć znana ze szkiców i planów dalszej części utworu) nawet się nie rozwinąć nie zdążyła. Mamy za to pokaźny wstęp i, co najważniejsze, dość obszerną analizę charakteru głównej bohaterki. Czytaj dalej „Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)”

Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine”

Verne, oprócz powieści fantastycznych i przygodowo-podróżniczych, parał się też gatunkiem historycznym. Ta część jego twórczości jest zdecydowanie mniej znana szerokiej publiczności. Na przykład taki „Hrabia de Chanteleine” nie doczekał się jeszcze nawet tłumaczenia na polski. Cóż, nie da się ukryć, że na tle podróży dookoła świata czy lotów na księżyc, historia jakiejś kontrrewolucyjnej, bretońskiej ruchawki, w dodatku opowiedzianej na przykładzie losów jednej i to już na wstępie brutalnie zdekompletowanej rodziny, może wydać się niezbyt interesująca. Eufemistycznie rzecz ujmując.

Mimo wszystko jest to wciąż integralna część popularyzatorskiej prozy autora. Taki był przecież pochwały godzien cel pisarza: pakowanie do łbów młodzieży wiedzy na temat najnowszych odkryć naukowych, przyrodniczych, ale też mało znanych wydarzeń historycznych i politycznych (aczkolwiek dotyczy to raczej najświeższej dla Verne’a historii XIX-wiecznej). Czytaj dalej „Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine””

Bo Dumas wielkim pisarzem był

„Quo Vadis” to plagiat!

Żartowałam. Zwanie tego plagiatem to spora przesada, ale przecież można sobie na ten temat dowcipkować. Kto mi zabroni? Faktem jest, że w wydanej pół wieku wcześniej przed wypocinami naszego słynnego rodaka, „Akte”, w Polsce figurującej pod tytułem „Neron” (wtf?*) i praktycznie nieznanej, znajdziemy wiele motywów znanych nam z rzeczonego dzieła.

Dekadencki Rzym?

Jest.

Chrześcijanie kitrający się w katakumbach?

Są.

Rzucanie tychże lwom na pożarcie ku uciesze gawiedzi?

Jest.

Malowniczy pożar Rzymu?

Też jest.

Dogorywający św. Paweł?

Też się znajdzie.

Śpiewający Neron?

Owszem, śpiewa (aczkolwiek nie fałszuje).

Dziewoja na arenie rzucona na pastwę byka?

Jest, tylko Ursus jakiś mniejszy i, jakby nie patrzeć, z przypadku. Czytaj dalej „Bo Dumas wielkim pisarzem był”

O Balzaku i „Domu pod kotem z rakietką”

Przeszło trzy lata temu, zakładając bloga, obiecałam, że będzie o Balzacu – dowód wciąż wisi czarno na białym na stronie „o mnie”. Cóż, lepiej późno niż wcale, więc czas najwyższy wywiązać się z obietnicy.

Chcę przeczytać całą „Komedię Ludzką”. Może zdążę, zanim padnę trupem. Bo lubię. To nie w ramach biczowania się książkami. Ilekroć sięgam po Balzaca, ciśnie mi się na usta taki książkowy odpowiednik frazy „za moich czasów”, czyli „tak już się nie pisze”. A szkoda. Do klasycznej, balzakowskiej prozy wracam więc co jakiś czas, w ramach wytchnienia między nowościami, z których każda następna coraz bardziej przypomina poprzednią, a ja padam ofiara permanentnego czytelniczego déjà vu. I nie odnoszę wcale wrażenia, że to świadomy postmodernistyczny zabieg, tylko zwykły brak oryginalności. Skoro wszystko już było, wolę więc czasem sięgnąć do korzeni, niż czytać rzeczy wtórne.

Czytaj dalej „O Balzaku i „Domu pod kotem z rakietką””

„Mapa i terytorium” M. Houellebecq

mapa i terytoriumGrzejnik – wdzięczny obiekt, który z powodzeniem może być tematem przewodnim sztuk wizualnych – zdjęcia, czy tam malowidła – ale materiałem literackim będzie kiepskim. Tak przynajmniej myśli główny bohater „Mapy i terytorium”, Jed Martin, rozchwytywany malarz i fotograf. Deprecjonujący grzejniki i ich znaczenie dla ludzkości punkt widzenia wynika jednakże z braku doświadczenia rzeczonego malarza na gruncie literatury. Jego adwersarz, literackie, pastiszowe alter-ego samego Houellebecq’a we własnej osobie z gracją mu to wyjaśnia. Sam grzejnik może na osnowę powieści nie wystarczyć, ale za to może być częścią intrygi sensacyjno-kryminalnej, dotyczącej na przykład szwindlów w przetargach budowlanych.  Można? Można. Z konwersacji tych dwóch mądrali wynika, że główną różnicą między literaturą a malarstwem jest obecność  ludzi: powieść mimo wszystko bez nich się nie obejdzie, na obrazie grzejnik może być osamotniony i nic to złego mu nie uczyni. Dlatego też Houellebecq, zarówno ten książkowy, jak i realny, musi ludzi w swych książkach umieszczać, mimo głęboko posuniętej mizantropii. Biedactwo. Czytaj dalej „„Mapa i terytorium” M. Houellebecq”

„Wojna Opiumowa” & „Księżycowy Kamień” José Frèches

okladka-200Oto namacalny dowód (książkę można sobie przecież pomacać, nawet powąchać, albo dopuścić się innych czynów lubieżnych) na to, że od ekspertyzy w danej dziedzinie (tu sinologia) do literatury daleka, wyboista droga. A czasem takiej drogi wcale nie ma. Wtedy lepiej, żeby taki ekspert został sobie na przykład kustoszem w muzeum orientalnym, a nie wtryniał się na siłę w literaturę, bo z tego może zrodzić się potwór. A monstrualność jego objawi się pod postacią awanturniczej fabuły kpiącej sobie z zasad prawdopodobieństwa, mnogości bohaterów, których poglądy religijne – w przypadku „Imperium Łez” związane nierozłącznie z seksem (wrócimy do tego) – ewoluują szybciej niż pokemony, a wszystko to okraszone stylem popadającym miejscami w kicz. Czytaj dalej „„Wojna Opiumowa” & „Księżycowy Kamień” José Frèches”

Valery Giscard d’Estaing „Zwycięstwo armii Napoleona”

352x500Obieranie za temat powieści historii alternatywnej, to ogólnie rzecz biorąc stąpanie po cienkim lodzie, zwłaszcza w przypadku mało wprawnych pisarzy. Jedne książki wychodzą lepiej, inne gorzej, a ja wciąż szukam takiej przedstawicielki gatunku, która by wypadała naprawdę dobrze. Lektura „Zwycięstwa” to pokłosie moich poszukiwań i choć nie oczekiwałam po tej pozycji cudów (może gdzieś tam w głębi duszy chciałam, żeby była przynajmniej dobra), to i tak dałam się zaskoczyć.

Powinnam wzorem niektórych kobiecych czasopism, przyznających tytuł kosmetyku roku, wymyślić jakieś laury konsumenckie dla książek. Bo Valéry sobie zasłużył. Niniejszym więc ogłaszam, że „Zwycięstwo” zdobywa nowo ustanowiony laur Tandeciarni „Książko-kupa roku”. Jest sierpień – małe szanse, że coś do końca roku „Zwycięstwo” zdetronizuje. Czytaj dalej „Valery Giscard d’Estaing „Zwycięstwo armii Napoleona””