„13 pięter” F. Springer

13pieterŚwiat zwariował. Albo ja zwariowałam. Nie wiem, która wersja jest poprawna. Bardzo możliwe, że obie. Mimo że mam uzasadnione podejrzenia, że jednak coś z moim postrzeganiem rzeczywistości jest  nie tak, to miło od czasu do czasu przeczytać tekst, który jednak pozwala mi się choćby chwilowo pocieszyć, że mój rzekomo bezzasadny opór nie był pozbawiony podstaw. Takim miodem na moje skołatane serce była lektura „13 pięter”, choć w zasadzie temat do relaksujących nie należy, i nie raz, i nie dwa w czasie lektury ma się ochotę przekląć polskie realia, a tym bardziej ludzi, którzy od przeszło wieku je tworzą. No chyba że ma się protestanckie podejście do ekonomii połączone z całkowitym wyzuciem z empatii: wtedy, „13 pięter” może się jawić jako tekst wybitnie nie na miejscu, wręcz brednie, a nawet wywrotowy manifest. Bo jakże to tak twierdzić, że każdy ma prawo do dachu nad głową? Bez kredytu?! Bez?! Naprawdę?! Czytaj dalej „„13 pięter” F. Springer”

O tym jak M. Wicha skłonił mnie do wspominania dzieciństwa. Między innymi.

 

okladkaJestem brand managerem piegusków – przedstawiła się pani. – Zawsze chciałem panią poznać – zapewniłem.

Nigdy nie zapomnę spojrzenia, którym mnie obrzuciła. Nie chodziło o moją nieuprzejmość. Raczej o bluźnierstwo. Zetempowcy wolnego rynku nie pozwalali uchybiać brandom. Kilka lat wcześniej, w dekadencji PRL, można było drwić z wszystkiego i wszystkich. Nagle przyszedł kapitalizm i wszyscy spoważnieli. Ogłoszono koniec ironii. Ironia był matką odstępstwa. Synonimem wyższości. Wyniosłości. Zarozumialstwa.

M. Wicha ma niezwykły talent do trafnego i treściwego nazywania rzeczy po imieniu, zachowując przy tym pewną poetyckość opisu, cierpki dowcip i zdrową dozę rzeczonej, wyklętej ironii. Toteż mimo mało imponującej objętości „Jak przestałem kochać design” jest bardzo bogatą w spostrzeżenia historią „design’u” w Polsce. Czytaj dalej „O tym jak M. Wicha skłonił mnie do wspominania dzieciństwa. Między innymi.”

Premiera: „Leonid i Bambosze”

Proszę państwa, tylko dziś i tylko na Tandeciarni. Przełomowy, nigdy dotąd niepublikowany tekst Hieronima Truchło w całej okazałości i pełnej krasie ujrzy światło dzienne (albo nocne, zależy kiedy to czytacie).

„Leonid i bambosze” to skarb, szczytowe osiągnięcie cywilizacji białego człowieka, które jeszcze nie ukazało się nakładem żadnego szacownego wydawnictwa, tylko dlatego, że autor nie życzył sobie rzucać pereł przed wieprze. Trzeba być bowiem więcej niż trzodą chlewną by geniusz tej wybitnie heteronormatywnej (wnosząc po ilości ślubów, romansów i zdrad) sztuki pojąć. Otóż mamy tu do czynienia z szeroką problematyką poruszającą zarówno kwestie polityki globalnej jak i, wydawałoby się mało znaczące, osobiste dramaty jednostek, a wszystko to w dość trudnej w odbiorze formie współczesnego dramatu.

Wrażliwy widz zapewne szybko zorientuje się, że sztuka jest dla autora dziełem osobistym i przełomowym. To przepracowanie traumy i angstu zrodzonych w czasach raczkującej jeszcze wojny z terroryzmem. Aż prosi się o odniesienie dzieła do wypadków ostatnich lat, jednakże, niestety, metoda datowania radiowęglowego zmusi nas do zrewidowania tej hipotezy: plik powstał dobrych parę lat temu. Autor podejmuje tematy globalnie istotne a losy bohaterów są umiejętnie wplatane w wydarzenia historyczne jak np. znikające światowe zapasy korniszonów, czy o pełzającej, wciąż żywej hydrze komunizmu. Czytaj dalej „Premiera: „Leonid i Bambosze””

„Lisowczycy” A. F. Ossendowski

LisowczycyNic dziwnego, że Ossendowski popadł w zapomnienie. Niegdysiejszy rywal Sienkiewicza (powieści historyczne „kupo-krzepieniu” obu autorów należały bowiem do tej samej niszy i miały tego samego odbiorcę) dziś jest znany jedynie garstce, chciałbym powiedzieć pasjonatów, ale bliższe prawdzie będzie określenie tej publiki jako przypadkowej. Posłużę się sobą jako przykładem: o autorze nie wiedziałabym zapewne wcale, gdyby nie moja fascynacja relacjami z Japonii i ogólnie literaturą okołojapońską, a Ossendowskiemu zbiór opowiadań na ten temat też zdarzyło się popełnić. O „Lisowczykach” natomiast dowiedziałam się z reklamy w pewnym szmatławym periodyku historycznym. Jako że takie piśmidła propagują radośnie, acz bezkrytycznie wszelkie wydawnictwa traktujące o historii wielkiego-narodu-polskiego, tekst reklamy zachęcił mnie do przetestowania powieści na sobie. A byłoby lepiej dla nas wszystkich gdyby do tego nie doszło, bo nie kopałabym teraz leżącego (zanotować na przyszłość: reklamy książek potrafią być tak samo podłe i mylące, jak reklamy sklepu nie dla idiotów).

Podobno zapomnienie w jakie autor popadł należy przypisać względom politycznym: jako że podpadł władzy nieprzychylną publikacją o Leninie, aparat partyjny skazał go na banicję. Wyjaśnienie to jednak jest zbyt optymistyczne i zataja prawdziwy stan rzeczy. Nie chcąc wypowiadać się na temat całej twórczości autora, gdyż byłoby to krzywdzącym uogólnieniem, mogę jednak ze spokojnym sumieniem rzec, że „Lisowczycy” na miano powieści ponadczasowej nie zasłużyli. Czytaj dalej „„Lisowczycy” A. F. Ossendowski”

Marek Wałkuski „Ameryka po kaWałku”

Ameryka-po-kaWalkuO wypocinach Wałkuskiego już kiedyś tu było. Nie zraziłam się wtedy, więc po produkt kolejny sięgnęłam bez obaw, ale za to ze świadomością, że będzie to zapewne bardzo optymistyczna wizja Ameryki. Autor zresztą sumiennie nas o tym na wstępie uprzedza, więc wszyscy czytelnicy z gatunku USA-to-zakała-świata-sodoma-gomora-szatan-i-zło, którzy nieopatrznie po „Amerykę po kaWałku” sięgnęli, powinni się dla swojego własnego dobra i spokoju umysłu wycofać po przeczytaniu wstępu, książkę spalić, wyrzucić przez okno bądź podrzucić na wycieraczkę sąsiada.

Radosna, ociekająca lukrem, laurka Wałkuskiego jest na swój sposób jeszcze bardziej optymistyczna niż wizja Stanów z poprzedniej książki. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest inna perspektywa: „Ameryka po kaWałku” to zbiór tekstów bardzo osobistych. Czytaj dalej „Marek Wałkuski „Ameryka po kaWałku””

Piotr Milewski „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia”

dzienniki japonskieCały czas w trakcie lektury „Dzienników japońskich” towarzyszyła mi jedna myśl: „trzeba naprawdę lubić ludzi, żeby podróżować w taki sposób”. Rzecz niepojęta, obca i wręcz odpychająca dla mizantropa takiego jak ja. Podróżowanie autostopem z, mówiąc eufemistycznie, okrojonym budżetem, skazuje awanturnika na łaskę, bądź niełaskę obcych ludzi, z którymi trzeba – brrrrr – rozmawiać, opowiadać im o sobie, bądź swojej podróży. Nagrodą za nawiązanie pewnej nici porozumienia jest podwiezienie do następnego miasta, a czasem nawet posiłek. Nawet bezdomni mogą okazać się pomocni w terytorialnych walkach o ławkę, na której można spędzić noc.

Inną sprawą jest też, że kobieta raczej na taki sposób podróżowania (nawet w rzekomo bezpiecznej Japonii) nie może sobie pozwolić, chyba że lubi ryzyko. Dlatego też do „Dzienników…” mam stosunek emocjonalny, podszyty podświadomą, jadowitą, zazdrością o to, że podobne doświadczenie nie będzie nigdy moim udziałem. Czytaj dalej „Piotr Milewski „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia””

O ciamcialamci (A. Fiedler „Gorąca wieś Ambinanitelo”)

Wygląda na to, że naprawdę niewiele trzeba by mnie przekonać: na przykład Fiedlerowi wystarczyły ździebko pokory, różnica dwóch pokoleń i wynikający z niej specyficzny styl, trącący nieco truchłem. Bo któż w dzisiejszych czasach używa słów „krotochwilny” czy „ciamcialamcia”.

Oczywiście przesadzam – taki styl wcale nie jest martwy, ale zdecydowanie zarezerwowany dla literatury najwyższych lotów bądź wręcz przeciwnie, używany w celach parodystycznych. Współczesne reportaże są tak obecnie popularne obecnie, głównie dlatego, że proste w odbiorze, nie „męczą” czytelnika wyszukanym słownictwem, którego – o zgrozo – mógłby nie zrozumieć, toteż próżno szukać „ciamcialamci” w opisach młodego pokolenia. Niezmiennie zachwycam się więc prozą sprzed dziesięcioleci, różnica w stylu jest bowiem ogromna. Czytaj dalej „O ciamcialamci (A. Fiedler „Gorąca wieś Ambinanitelo”)”

Antoni Ferdynand Ossendowski „Szkarłatny kwiat kamelii”

szkarlatny kwait kameliiOpowiadania Ossendowskiego to ciekawostka literacka i jako taką trzeba zbiór traktować. Ani nie zachwyci nas językowo, bo jak na styl początku XX wieku przystało, jest on już mało kwiecisty w porównaniu z XIX-wiecznym, ale jeszcze nie współczesny, mimo że decyzją wydawcy uwspółcześniony. Treść natomiast ze względu na formę (zbiór opowiadań) odznacza się sporą różnorodnością, zachowując pewną cechę wspólną: każdy z utworów to ubrane w literacką formę wspomnienie autora o tym, co go zaskoczyło lub zwróciło w szczególny sposób uwagę. Dotyczy to w równym stopniu opowiadań traktujących o Japonii współczesnej autorowi, jak i historycznej. W tym drugim przypadku, opowiadania traktują przede wszystkim o czynach i wydarzeniach w Japońskiej historii, które świadczą o zaskakującej inności bądź silnej mentalności Japończyków (np. specyficzne pojęcie honoru, lojalności wobec cesarza czy też wytrwałości w dążeniu do celu) Czytaj dalej „Antoni Ferdynand Ossendowski „Szkarłatny kwiat kamelii””

Notka o „Jutro przypłynie królowa” M. Wasielewskiego

pobraneTytuł reportażu byłby nawet dowcipny, gdyby nie ciężka tematyka. Że niby Królowa (ta znacząca, brytyjska, nie jakaś tam Królowa Burkina Faso) przypłynie na wysepkę zamieszkiwaną przez pięćdziesiąt osób, z których w dodatku część odżegnuje się od przynależności do Imperium Brytyjskiego (wszak płynie w nich krew buntowników)? Co prawda cuda się zdarzają. Na cud na przykład zakrawa że na światło dzienne wyszło czarne oblicze wyspy, a ofiary piekła zgotowanego przez tamtejszą komunę zaczęły mówić.

A powinno być jak w raju: wyspa na Pacyfiku, kwiaty, kokosy i miód. Cóż chcieć więcej. Jednakże zarówno autor reportażu, jak i teksty z okładki, sygnalizują, że wizyta na Pitcairn, a już w ogóle napisanie tekstu, były ryzykowne. Bo mieszkańcy tej „rajskiej” wyspy stworzyli coś na kształt zamkniętej komuny, kryjącej występki należących do niej jednostek w imię dobra zbiorowości. A tym, którzy będą śmieli choćby źle napisać o komunie, grozi się śmiercią. Czytaj dalej „Notka o „Jutro przypłynie królowa” M. Wasielewskiego”

Marek Wałkuski „Wałkowanie Ameryki”

indeksJeśli dobrze zrozumiałam wstęp Wałkowania, pan Wałkuski przed praniem mózgu, khem, znaczy się przed pobytem w Stanach, odznaczał się podobnym poziomem niechęci wymieszanej z lekką nutką poczucia wyższości w stosunku do Wielkiego Brata, co przeciętny Polak. Natomiast po latach pomieszkiwania w Waszyngtonie na ojczyzny łono powrócił jako zdecydowany piewca amerykańskich wartości. Jak to się mogło stać.

Nieważne. Ot, zwykłe przybyłem, zobaczyłem, uznałem za lepsze zabawki niż swoje własne.

Ważna rzeczą natomiast jest to, żeby broń boże nie wziąć Wałkowania za obiektywną relację, za jaką próbuje ono uchodzić. Nie dajmy się oszukać ubranym w przystępny język statystykom wplecionym w poszczególne rozdziały. To wciąż osobisty pean na cześć Sranów[*]. Czytaj dalej „Marek Wałkuski „Wałkowanie Ameryki””