„13 pięter” F. Springer

13pieterŚwiat zwariował. Albo ja zwariowałam. Nie wiem, która wersja jest poprawna. Bardzo możliwe, że obie. Mimo że mam uzasadnione podejrzenia, że jednak coś z moim postrzeganiem rzeczywistości jest  nie tak, to miło od czasu do czasu przeczytać tekst, który jednak pozwala mi się choćby chwilowo pocieszyć, że mój rzekomo bezzasadny opór nie był pozbawiony podstaw. Takim miodem na moje skołatane serce była lektura „13 pięter”, choć w zasadzie temat do relaksujących nie należy, i nie raz, i nie dwa w czasie lektury ma się ochotę przekląć polskie realia, a tym bardziej ludzi, którzy od przeszło wieku je tworzą. No chyba że ma się protestanckie podejście do ekonomii połączone z całkowitym wyzuciem z empatii: wtedy, „13 pięter” może się jawić jako tekst wybitnie nie na miejscu, wręcz brednie, a nawet wywrotowy manifest. Bo jakże to tak twierdzić, że każdy ma prawo do dachu nad głową? Bez kredytu?! Bez?! Naprawdę?! Czytaj dalej „„13 pięter” F. Springer”

Reklamy

Wolfgang Büscher „Hartland: Pieszo przez Amerykę”

hartlandNie ma to jak wyruszyć z zamiarem pieszego przejścia Stanów Zjednoczonych, po czym przejechać trzy czwarte trasy autostopem bądź autobusem, a książkę z wrażeniami i tak zatytułować „Pieszo przez Amerykę”. Brawo Woflgang.

Oszukali mnie w sklepie. Jeśli podtytuł brzmi „pieszo” to ma być pieszo, a nie inaczej. I tym razem nie przyjmuję wykrętów, że wina tłumacza, bo w oryginale jak byk stoi czarno na białym „Zu Fuss durch Amerika”. Oczywiście przekręt ten ma swoje racjonalne wytłumaczenie: Ameryka to kraj, gdzie pieszo przemieszczać się nie da. Taki wniosek (zresztą słuszny) można wysnuć z reportażu Büschera. Nie dość, że brak chodników i poboczy, to jeszcze tubylcy widząc piechura mogą wpaść w panikę, albo zareagować agresją. Tak na przykład został autor powitany już na granicy z Kanadą. Kto przy zdrowych zmysłach przekracza granicę pieszo, gdy wokół mróz i zamieć? Mało tego, kto przy zdrowych zmysłach przekracza w ogóle granicę Stanów Zjednoczonych pieszo? Niechybnie wariat, bądź zbrodniarz. Albo, mówiąc bez ogródek, debil. Może być też nielegalny  imigrant, ale Ci raczej dobijają się od południa, więc tą opcję można pominąć. Czytaj dalej „Wolfgang Büscher „Hartland: Pieszo przez Amerykę””

Piotr Milewski „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia”

dzienniki japonskieCały czas w trakcie lektury „Dzienników japońskich” towarzyszyła mi jedna myśl: „trzeba naprawdę lubić ludzi, żeby podróżować w taki sposób”. Rzecz niepojęta, obca i wręcz odpychająca dla mizantropa takiego jak ja. Podróżowanie autostopem z, mówiąc eufemistycznie, okrojonym budżetem, skazuje awanturnika na łaskę, bądź niełaskę obcych ludzi, z którymi trzeba – brrrrr – rozmawiać, opowiadać im o sobie, bądź swojej podróży. Nagrodą za nawiązanie pewnej nici porozumienia jest podwiezienie do następnego miasta, a czasem nawet posiłek. Nawet bezdomni mogą okazać się pomocni w terytorialnych walkach o ławkę, na której można spędzić noc.

Inną sprawą jest też, że kobieta raczej na taki sposób podróżowania (nawet w rzekomo bezpiecznej Japonii) nie może sobie pozwolić, chyba że lubi ryzyko. Dlatego też do „Dzienników…” mam stosunek emocjonalny, podszyty podświadomą, jadowitą, zazdrością o to, że podobne doświadczenie nie będzie nigdy moim udziałem. Czytaj dalej „Piotr Milewski „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia””

O ciamcialamci (A. Fiedler „Gorąca wieś Ambinanitelo”)

Wygląda na to, że naprawdę niewiele trzeba by mnie przekonać: na przykład Fiedlerowi wystarczyły ździebko pokory, różnica dwóch pokoleń i wynikający z niej specyficzny styl, trącący nieco truchłem. Bo któż w dzisiejszych czasach używa słów „krotochwilny” czy „ciamcialamcia”.

Oczywiście przesadzam – taki styl wcale nie jest martwy, ale zdecydowanie zarezerwowany dla literatury najwyższych lotów bądź wręcz przeciwnie, używany w celach parodystycznych. Współczesne reportaże są tak obecnie popularne obecnie, głównie dlatego, że proste w odbiorze, nie „męczą” czytelnika wyszukanym słownictwem, którego – o zgrozo – mógłby nie zrozumieć, toteż próżno szukać „ciamcialamci” w opisach młodego pokolenia. Niezmiennie zachwycam się więc prozą sprzed dziesięcioleci, różnica w stylu jest bowiem ogromna. Czytaj dalej „O ciamcialamci (A. Fiedler „Gorąca wieś Ambinanitelo”)”

Charlie LeDuff „Detroit: Sekcja zwłok Ameryki”

349945-352x500[…] w tych karawanach nie jechały ludzkie zwłoki, ale maskotki, które do tutejszego Muzeum Historycznego Wytwórni Motown poznosili fani gwiazdy pop Michaela Jaksona, by w ten sposób uczcić swojego idola, który zmarł wskutek przedawkowania leków. W miejskiej kostnicy wciąż mogło sobie spoczywać dwustu pięćdziesięciu nieodebranych nieboszczyków, ale przynajmniej zabawki były już bezpieczne i godnie pochowane.*

Kwiecisty reportaż z pogrążającego się bankructwie Detroit w założeniu autora miał być przykładowym studium tego co może się stać, a gdzieniegdzie już się dzieje w innych miastach Stanów Zjednoczonych. Może trochę histeryzuje, może nie – nie mnie to oceniać Czytaj dalej „Charlie LeDuff „Detroit: Sekcja zwłok Ameryki””

Notka o „Jutro przypłynie królowa” M. Wasielewskiego

pobraneTytuł reportażu byłby nawet dowcipny, gdyby nie ciężka tematyka. Że niby Królowa (ta znacząca, brytyjska, nie jakaś tam Królowa Burkina Faso) przypłynie na wysepkę zamieszkiwaną przez pięćdziesiąt osób, z których w dodatku część odżegnuje się od przynależności do Imperium Brytyjskiego (wszak płynie w nich krew buntowników)? Co prawda cuda się zdarzają. Na cud na przykład zakrawa że na światło dzienne wyszło czarne oblicze wyspy, a ofiary piekła zgotowanego przez tamtejszą komunę zaczęły mówić.

A powinno być jak w raju: wyspa na Pacyfiku, kwiaty, kokosy i miód. Cóż chcieć więcej. Jednakże zarówno autor reportażu, jak i teksty z okładki, sygnalizują, że wizyta na Pitcairn, a już w ogóle napisanie tekstu, były ryzykowne. Bo mieszkańcy tej „rajskiej” wyspy stworzyli coś na kształt zamkniętej komuny, kryjącej występki należących do niej jednostek w imię dobra zbiorowości. A tym, którzy będą śmieli choćby źle napisać o komunie, grozi się śmiercią. Czytaj dalej „Notka o „Jutro przypłynie królowa” M. Wasielewskiego”

„Ameryka, wielki kraj idiotów” (Tony Horwitz „Podróż długa i dziwna: drugie odkrywanie Nowego Świata”)

Nie ma to jak wyzwać na początku książki cały naród od idiotów. Co prawda nie było to bezpodstawne – ten odważny wniosek nasunął się autorowi po wizycie w miejscu, w którym znajduje się tak zwana skała z Plymouth, znacząca miejsce, gdzie ongiś zeszli na ląd pielgrzymi z Mayflower.352x500

Claire Olsen była doświadczoną strażniczką parku historycznego w Plymouth i przywykła do obraźliwych uwag turystów pod adresem świętego kamienia. […] najwięcej pytań rodziła data wyryta na kamieniu. Dlaczego mówi się tam o 1620 roku, zastanawiali się przybysze, a nie o 1492? Czy to nie wtedy przypłynął Kolumb? […] Claire musiała wtedy cierpliwie wyjaśniać, że miejsce, w którym wylądował Kolumb, i miejsce przybycia pielgrzymów dzieli tysiąc sześćset kilometrów i sto dwadzieścia osiem lat.
– Amerykanie w dzieciństwie uczą się o roku 1492 i o roku 1620 i tyle tylko pamiętają jako dorośli – powiedziała. – Reszta tej historii to dla nich kompletna czarna dziura. Nie mają o niej pojęcia. […]
Ameryka, wielki kraj idiotów!*

Czytaj dalej „„Ameryka, wielki kraj idiotów” (Tony Horwitz „Podróż długa i dziwna: drugie odkrywanie Nowego Świata”)”

Lily Koppel „Żony astronautów”

zonyJak tytuł wskazuje mamy do czynienia z historią żon astronautów. Uściślając zakres, chodzi o żony od pierwszych astronautów aż do końca programu Apollo (w sumie około pięćdziesięciu kobiet), przy czym autorka skupia się najbardziej na pierwszej siódemce (tzw. „Żon Merkurego”, grupy ochrzczonej od nazwy programu kosmicznego, w którym brali udział mężusie). Gdzieś w połowie książki pojawią się nowe „intruzki”, czyli kolejne dziewięć żon, potem kolejne czternaście, potem jeszcze dziewiętnaście. Pokaźne stadko. A co sobie będziemy żałować? Śledzimy ich losy od roku 1959 do 1972, czyli szmat czasu, pomimo czego szczegółowość relacji nie ucierpiała. Autorka dotarła do licznych artykułów źródłowych z tamtych czasów, jak i do niektórych żyjących jeszcze bohaterek. Było więc o czym pisać. Czytaj dalej „Lily Koppel „Żony astronautów””

Hugh Thomson „Biała skała. W głąb krainy Inków”

okladkaNasz jadłospis zresztą już wszystkim dał się we znaki. Gary miał takie gazy, że chyba słychać go było na drugim końcu doliny. Prowadziliśmy następujące dialogi:
– Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać – mówił on.
– Nie przejmuj się, Gary – odpowiadałem. – Gdybyś się nie odezwał, pomyślelibyśmy, że to któryś z mułów.[1]

Miałam zamiar zostawić fragment o gazach Gary’ego na koniec wpisu, ale po namyśle stwierdziłam, że jest na tyle symptomatyczny, że pasuje doskonale na otwarcie tekstu, głównie dlatego iż stanowi on dowód na to, że autor, mimo ogromnej wiedzy i odbyciu wyczerpujących podróży, nie puszy się na nie wiadomo jak wielkiego podróżnika. Mówi otwarcie, jak wyglądała wędrówka, nie oszczędzając nam nawet iście skatologicznego poczucia humoru (a przecież mógł: gazy Gary’ego nie mają znaczenia merytorycznego). Czytaj dalej „Hugh Thomson „Biała skała. W głąb krainy Inków””

Barbara Demick „Światu nie mamy czego zazdrościć”

imagesBędzie krótko. I wyjątkowo poważnie, jak na mnie. Tym razem naprawdę nie kłamię, bo nie ma sensu się rozwodzić na temat książki, którą po prostu trzeba przeczytać. Próbując w czasie lektury, zakreślać co lepsze fragmenty w celu napisania ewentualnej reklamy, zorientowałam się dość szybko, że w ten sposób zaznaczę po prostu całą książkę. A przecież nie będę przepisywać trzystu stron na potrzeby recenzji.

„Światu nie mamy czego zazdrościć” to reportaż, ale nie ten z tych nudnych wyliczeń danych statystycznych, ani nie relacja z podróży zmanierowanego dziennikarza, który postrzega wszystko przez pryzmat swoich poglądów. Podtytuł brzmi: „Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” i właśnie o tym jest książka. Problematyka sytuacji w KRLD jest ukazana na przykładzie biografii i wspomnień kilku zwykłych osób, którym udało się uciec z północy. Mamy okazję poznać ich indywidualne historii, i choć ich pochodzenie i powody podjęcia decyzji o ucieczce były różne, wszystkie przypadki potwierdzają tezę, że życia w KRLD, życiem nie można nazwać. Czytaj dalej „Barbara Demick „Światu nie mamy czego zazdrościć””