Wolfgang Büscher „Hartland: Pieszo przez Amerykę”

hartlandNie ma to jak wyruszyć z zamiarem pieszego przejścia Stanów Zjednoczonych, po czym przejechać trzy czwarte trasy autostopem bądź autobusem, a książkę z wrażeniami i tak zatytułować „Pieszo przez Amerykę”. Brawo Woflgang.

Oszukali mnie w sklepie. Jeśli podtytuł brzmi „pieszo” to ma być pieszo, a nie inaczej. I tym razem nie przyjmuję wykrętów, że wina tłumacza, bo w oryginale jak byk stoi czarno na białym „Zu Fuss durch Amerika”. Oczywiście przekręt ten ma swoje racjonalne wytłumaczenie: Ameryka to kraj, gdzie pieszo przemieszczać się nie da. Taki wniosek (zresztą słuszny) można wysnuć z reportażu Büschera. Nie dość, że brak chodników i poboczy, to jeszcze tubylcy widząc piechura mogą wpaść w panikę, albo zareagować agresją. Tak na przykład został autor powitany już na granicy z Kanadą. Kto przy zdrowych zmysłach przekracza granicę pieszo, gdy wokół mróz i zamieć? Mało tego, kto przy zdrowych zmysłach przekracza w ogóle granicę Stanów Zjednoczonych pieszo? Niechybnie wariat, bądź zbrodniarz. Albo, mówiąc bez ogródek, debil. Może być też nielegalny  imigrant, ale Ci raczej dobijają się od południa, więc tą opcję można pominąć. Czytaj dalej „Wolfgang Büscher „Hartland: Pieszo przez Amerykę””

Marek Wałkuski „Ameryka po kaWałku”

Ameryka-po-kaWalkuO wypocinach Wałkuskiego już kiedyś tu było. Nie zraziłam się wtedy, więc po produkt kolejny sięgnęłam bez obaw, ale za to ze świadomością, że będzie to zapewne bardzo optymistyczna wizja Ameryki. Autor zresztą sumiennie nas o tym na wstępie uprzedza, więc wszyscy czytelnicy z gatunku USA-to-zakała-świata-sodoma-gomora-szatan-i-zło, którzy nieopatrznie po „Amerykę po kaWałku” sięgnęli, powinni się dla swojego własnego dobra i spokoju umysłu wycofać po przeczytaniu wstępu, książkę spalić, wyrzucić przez okno bądź podrzucić na wycieraczkę sąsiada.

Radosna, ociekająca lukrem, laurka Wałkuskiego jest na swój sposób jeszcze bardziej optymistyczna niż wizja Stanów z poprzedniej książki. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest inna perspektywa: „Ameryka po kaWałku” to zbiór tekstów bardzo osobistych. Czytaj dalej „Marek Wałkuski „Ameryka po kaWałku””

Charlie LeDuff „Detroit: Sekcja zwłok Ameryki”

349945-352x500[…] w tych karawanach nie jechały ludzkie zwłoki, ale maskotki, które do tutejszego Muzeum Historycznego Wytwórni Motown poznosili fani gwiazdy pop Michaela Jaksona, by w ten sposób uczcić swojego idola, który zmarł wskutek przedawkowania leków. W miejskiej kostnicy wciąż mogło sobie spoczywać dwustu pięćdziesięciu nieodebranych nieboszczyków, ale przynajmniej zabawki były już bezpieczne i godnie pochowane.*

Kwiecisty reportaż z pogrążającego się bankructwie Detroit w założeniu autora miał być przykładowym studium tego co może się stać, a gdzieniegdzie już się dzieje w innych miastach Stanów Zjednoczonych. Może trochę histeryzuje, może nie – nie mnie to oceniać Czytaj dalej „Charlie LeDuff „Detroit: Sekcja zwłok Ameryki””

„Wschód czerwonego księżyca. Wyścig supermocarstw o dominację w kosmosie” Matthew Brzezinski

pobraneTreść „Wschodu…” okazała się dla mnie sporym zaskoczeniem. Oczekiwałam opowieści o zaraniu dziejów astronautyki bardziej z technicznego i technologicznego punktu widzenia, a otrzymałam politykę i intrygi wojskowych. Tym razem nie mogę zwalić nieporozumienia na tekst na tylnej okładce, bo ten, oprócz obietnicy, że Brzezinski toczy opowieść w fascynujący, niemal filmowy sposób, nie precyzuje jaki będzie punkt widzenia przyjęty przez autora.

Nie mogę też się czuć oszukana, bo powyższa obietnica została jak najbardziej zrealizowana. A że dostałam politykę zamiast technologii? Też dobrze. Zwłaszcza że opowieść Brzezinskiego ani na chwilę nie nudzi. Dawno wręcz nie czytałam tak dobrze napisanej książki dokumentalnej (a osoby czytające bloga wiedzą, że malkontentem będąc rzadko  wypowiadam się w superlatywach o jakiejkolwiek pozycji). Czytaj dalej „„Wschód czerwonego księżyca. Wyścig supermocarstw o dominację w kosmosie” Matthew Brzezinski”

„Troje” Sarah Lotz

279774-352x500W warstwie fabularnej „Troje” to historia szaleństwa ogarniającego ludzkość po niezwykłym wydarzeniu: czterech katastrofach lotniczych, które miały miejsce tego samego dnia, niemal w tym samym czasie, w czterech różnych zakątkach globu. Z trzech wraków ratuje się po jednym dziecku. Niezwykłe ocalenie zapoczątkowało lawinę przeróżnych teorii spiskowych: a to że bachorki to szpiedzy UFO lub szatańskie pomioty, a to znów że to czterej jeźdźcy apokalipsy (bo rzekomo z czwartej katastrofy też ocalało dziecko, tylko że zagubiło się zawyżywszy na afrykański bur… khem, nieład), to znów inne nadprzyrodzone farmazony. Słusznie autorka osnuła opowieść na przyziemnej tendencji do tłumaczenia niezrozumiałych wydarzeń poprzez mniej lub bardziej sensowne teorie spiskowe – wszak takie zachowania są jak najbardziej rzeczywiste i w XXI wieku mnożą się jak grzyby po deszczu (vide Antoni  i brzózka, czy „To Amerykanie uknuli wydarzenia z 11 września i zwalili na terrorystów”). Te okoliczności uniemożliwiają ocalonym dzieciom i ich opiekunom prowadzenie normalnego życia, gdyż ciągle nękani są przez paparazzich oraz… fanatycznych szaleńców, co doprowadza do zaskakującego końca. Czytaj dalej „„Troje” Sarah Lotz”

Bo trochę nachalnej propagandy jeszcze nikomu nie zaszkodziło (Thomas L. Friedman „Gorący, płaski i zatłoczony”)

To znaczy chyba nie zaszkodziło. Przynajmniej taką można mieć nadzieję, jeśli nie jest się bezpośrednią ofiarą prania mózgu. A w przypadku Friedmana adresatem wywodu są Amerykanie, do tego stopnia, że wręcz stawiałabym pod znakiem zapytania sensowność gorowydania tego „dzieła” w Polsce, gdyby nie to, że, jako osoba postronna, miałam sporo zabawy przy wychwytywaniu mniej lub bardziej widocznych chwytów retorycznych. Polski czytelnik musi jednak pamiętać, że Friedman wypowiadając się per „my” nie zwraca się do niego. „My” Friedmana to tylko i wyłącznie naród amerykański. To dlatego, że autor widzi w nim jedynego możliwego przywódcę, który dałby przykład reszcie świata i zamartwia się biedactwo tym, że obecnie autorytet Stanów jest niewykorzystywany bądź podważany (a „Gorący…” zostało napisane jeszcze przed największymi kompromitacjami z Iraku. Teraz to już pewnie Friedman wyłysiał: Czytaj dalej „Bo trochę nachalnej propagandy jeszcze nikomu nie zaszkodziło (Thomas L. Friedman „Gorący, płaski i zatłoczony”)”

Jon Ronson „Człowiek, który gapił się na kozy”

okldka kozaPrzyznam szczerze, że po nadmienioną książkę sięgnęłam, bo zaintrygował mnie tytuł. Ja generalnie czuję pociąg do tytułów ze zwierzętami hodowlanymi w roli głównej. Owce, kozy – wszystko mile widziane (tak przy okazji, zna ktoś coś ze świnią w tytule?)

Ale nie ocenia się książki po okładce (zwłaszcza jak na niej jest Dżordż, ble), a tym bardziej po tytule, bo ten może być bardzo mylący. Skupmy się więc na treści, a to co znajdziemy w środku przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

No dobrze. Kłamię, Nie miałam żadnych oczekiwań. Natomiast uderzające jest to, że mimo że czytałam tekst z tylnej okładki, dopiero w jednej trzeciej lektury zdałam sobie sprawę, że to nie jest powieść fabularna, a rzecz która pretenduje odważnie do miana reportażu. Czytaj dalej „Jon Ronson „Człowiek, który gapił się na kozy””

Marek Wałkuski „Wałkowanie Ameryki”

indeksJeśli dobrze zrozumiałam wstęp Wałkowania, pan Wałkuski przed praniem mózgu, khem, znaczy się przed pobytem w Stanach, odznaczał się podobnym poziomem niechęci wymieszanej z lekką nutką poczucia wyższości w stosunku do Wielkiego Brata, co przeciętny Polak. Natomiast po latach pomieszkiwania w Waszyngtonie na ojczyzny łono powrócił jako zdecydowany piewca amerykańskich wartości. Jak to się mogło stać.

Nieważne. Ot, zwykłe przybyłem, zobaczyłem, uznałem za lepsze zabawki niż swoje własne.

Ważna rzeczą natomiast jest to, żeby broń boże nie wziąć Wałkowania za obiektywną relację, za jaką próbuje ono uchodzić. Nie dajmy się oszukać ubranym w przystępny język statystykom wplecionym w poszczególne rozdziały. To wciąż osobisty pean na cześć Sranów[*]. Czytaj dalej „Marek Wałkuski „Wałkowanie Ameryki””

Hugh Brogan „Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki” czyli „Ach i och”

[…] uknuto spisek, aby go zamordować, jednakże „zawiodła odwaga tego, co miał wypalić z tegoż bezlitosnego pistoletu”,  wyjaśniał Smith. Niektórzy późniejsi prezydenci mieli mniej szczęścia. *

okladkaA czytelnicy nie zawsze mają tyle szczęścia, żeby trafić na napisaną z humorem książkę historyczną, w której warstwa merytoryczna nie cierpi na rzecz błyskotliwych popisów autora. W gruncie rzeczy, jestem z natury złośliwa i nie lubię tworzyć peanów na cześć przeczytanych książek, o ile na nie w pełni nie zasługują. Niestety „Historia Stanów Zjednoczonych”, Hugh Brogana nie pozostawia mi wyboru. Nie ponarzekam sobie tym razem.

Cóż, to było częściowo do przewidzenia. Wszak, opasłe tomiszcze wydane zostało w cyklu Historii Krajów i Narodów wydawnictwa Ossolineum, a to już samo w sobie jest wystarczającą rekomendacją. To druga seria, zaraz obok ceramowskiej, do której mam stuprocentowe zaufanie, wynikające z pewności, że Ossolineum nie wyda pozycji nie spełniających wysokich wymagań merytorycznych. Ale i w obrębie dobrych serii zdarzają się pozycje średnie, lepsze oraz perły. A „Historia Stanów” kwalifikuje się do tych ostatnich. Czytaj dalej „Hugh Brogan „Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki” czyli „Ach i och””