Zawsze ufaj świni („Niesłychane losy Iwana Kotowicza”, Michał Amrzykowski, Kajetan Kusina)


nielsycnane losy ivana kotowicza 1„Niesłychane losy Ivana Kotowicza” to spore, bardzo pozytywne zaskoczenie. Tym większe, że już udostępnione przed publikacją próbki świadczyły o wysokiej jakości kreski, a wydanie pod egidą „Kultury gniewu” gwarantowało, że fuszerka miejsca mieć nie może. Nie doceniłam jednak pomysłowości autorów, toteż efekt końcowy przerósł moje najśmielsze oczekiwania.

Wstrzymuję się z oceną warstwy fabularnej, gdyż to można będzie dopiero uczynić po przeczytaniu całości (część druga komiksu podobno już się produkuje), gdyż tom pierwszy przedstawia na razie tylko sielskie dzieciństwo bohatera, oraz pierwsze traumatyczne przeżycia, które zapewne zdeterminują jego późniejsze wybory i los. Mimo spokojnego początku i powolnego wprowadzenia w świat Kotowicza, nawet czytelnik z deficytami koncentracji nie zdąży się znudzić. A to dzięki konstrukcji świata przedstawionego bazującego na dobrze znanej nam historycznej rzeczywistości, ukwieconej jednak zjawiskami nadprzyrodzonymi i elementami dekonstruującymi zdroworozsądkową logikę. Czytaj dalej „Zawsze ufaj świni („Niesłychane losy Iwana Kotowicza”, Michał Amrzykowski, Kajetan Kusina)”

Reklamy

Kanon Graficzny: od Gilgamesza do Tybetańskiej księgi umarłych – antologia

Nie wiem, z której strony to dzieło ugryźć. Jako komiks przedstawia wartość średnią.Kanon-graficzny-1-Od-Gilgamesza-do-Tybetanskiej-Ksiegi-Umarlych_W-A-B,images_big,11,978-83-7747-966-7 Oczywiście nie da się ukryć nierówności antologii: złożone jest ono z tworów przeróżnych autorów, a to jak zwykle skutkuje tym, że są części świetne, wybijające się na tle przeciętnego tła oraz reszta pełniąca funkcję zapychacza.

Gdy zerkniemy do środka, owszem, w oczy rzucają się różne style i techniki. Sądzę jednak, że właśnie przez tą różnorodność, albo i dzięki niej, trudno jest wytypować, które części miałyby być tymi perłami. Ważną rolę grają tu przecież osobiste preferencje odbiorcy. To może rzecz banalna, ale jednym się surrealizm „Kobiety o dwóch piczkach” spodoba, inni będą woleli bardziej klasyczne odwzorowanie „Odysei”. Czytaj dalej „Kanon Graficzny: od Gilgamesza do Tybetańskiej księgi umarłych – antologia”

David B „Rycerze świętego Wita”

oklada„Rycerze świętego Wita” to, jak głosi dumnie notka na okładce, „tworzona przez siedem lat autobiograficzna historia o zmaganiach rodziny z epilepsją brata”. Akurat w moim przypadku, wydawnictwo miałoby nie lada trudność w wymyśleniu bardziej zniechęcającej reklamy. Komiks autobiograficzny? Ależ od takich dzieł wieje zazwyczaj nudą na kilometr. Rodzina z chorym dzieckiem? O nie, znowu będzie biadolenie i użalanie się nad sobą. Ale cóż począć? To nieelegancko tak z góry przekreślać komiks na podstawie własnych uprzedzeń. A przecież nie raz spotkało mnie miłe zaskoczenie dzięki testowaniu utworów, z którymi styczności mieć nie chciałam.

David B. (właściwie Pierre-François Beauchard, ale będę się dalej posługiwać literackim pseudonimem, który na szczęście jest o wiele krótszy niż prawdziwe dane (Nic, tylko winszować autorowi dobrego wyboru 😉 ) w „Rycerzach” skupia się przed wszystkim na ukazaniu relacji swojej i swojej rodziny z ciężko chorym (zdecydowanie ostra postać epilepsji, z kilkoma atakami dziennie) bratem. I tak właśnie, jak można się było spodziewać, bez lekkiego użalania się na swój los się nie obeszło. Czytaj dalej „David B „Rycerze świętego Wita””

Guy Delisle „Pjongjang”

okl„Komiksowy travelogue” – taki termin określający „Pjongjang” Guy Delisle’a umieszczony został na skrzydełkach wydania z roku 2013. Czyli co? Ilustrowany dziennik z podróży? Podróżnicza powieść graficzna? Cóż. Jakkolwiek by „Pjongjangu” nie próbować górnolotnie nazywać, to po prostu komiks.

Znowu się czepiam na samym wstępie, ale tym razem to nie wypływa z czystej złośliwości. Po prostu bawi mnie wybornie sama idea umieszczenia przeintelektualizowanej terminologii w komentarzu do dziełka, które przemawia do czytelnika głównie poprzez emocje. Zresztą trudno pokusić się o inną metodę opowiadania o Korei, bo racjonalne wyjaśnienie (zdecydowanie ponurego) absurdu tego kraju graniczy z niemożliwością. A forma graficzna wyjątkowo dobrze się sprawdza w tym kontekście. Obszerny komentarz jest wręcz nie na miejscu, tam gdzie jedna ilustracja wyraża więcej niż słowotok (zaznaczam, że z racji moich upodobań do słowa pisanego nie należę do osób, które rzucają takimi opiniami na prawo i lewo). Czytaj dalej „Guy Delisle „Pjongjang””

Logikomiks: w poszukiwaniu prawdy (o naleśnikach)

okladaNa potrzeby tego wpisu załóżmy, że ludzkość dzieli się na dwie grupy: tych, którzy bezdyskusyjnie przyjmują do wiadomości pewne aksjomaty, oraz takich, którzy nie spoczną, dopóki nie znajdą spójnego dowodu opartego na pewnych fundamentach. Choć doprowadzone do absurdu pragnienie odkrycia niepodważalnych podstaw matematyki, które doprowadziło Bertranda Russella, bohatera „Logikomiksu”, do stworzenia 380-cio stronicowego dowodu najprostszej możliwej operacji matematycznej (1 + 1 = 2), aż się prosi o przylepienie mu łatki obłędu, rzeczywistość coraz częściej daje podstawy do uznania takiego sposobu myślenia za słuszny. Jak mamy rozumieć sens czegokolwiek bez jednoznacznych, pewnych, dowiedzionych założeń? Zwłaszcza gdy język jest narzędziem niedoskonałym, bo nawet zwykły „naleśnik” może znaczyć dla każdego co innego (patrz dyskusja tu) oraz gdy matematyka również pozbawiona jest solidnych podstaw. Dlaczegóż niby mamy uznawać cokolwiek za pewne, tylko dlatego, że kiedyś jakiś Euklides tłumaczył, że istnieją założenia, które są prawdzie, bo wynikają z logicznej konieczności. To taki odpowiednik ultrakobiecej argumentacji typu „BO TAK!”, tylko pozornie mądrzej wyglądający.

Z takim to problemem borykał się (z marnym rezultatem) Russell, a jego boje z nielogiczną logiką przedstawione są w formie powieści graficznej pod tytułem „Logikomiks”.  Wybór takiej formy oczywiście narzuca pewne ograniczenia: problemy logiki, paradoksy są z konieczności przedstawione w bardzo prosty sposób, aczkolwiek, biorąc pod uwagę fakt, że dzięki temu podstawowe idee zrozumie każdy (przy niewielkim wysiłku), jest to zdecydowanie zaletą. Czytaj dalej „Logikomiks: w poszukiwaniu prawdy (o naleśnikach)”

Ewa Witkowska „Komiks japoński w Polsce”

Zastanawiam się, jak temat „Komiksu japońskiego w Polsce” ugryźć tak, by nikogo nie obrazić, ani też nie popadać w nienależny (mimo niewątpliwej zasługi, jaką jest próba zapełnienia niszy na rynku obiektywnych opracowań tematu) zachwyt. O ile uwielbiam lektury zmuszające czytelnika do myślenia i stawiania sobie rozwijających pytań, to nie jest dobrze, jeżeli to są wątpliwości natury formalnej. Mnie, w trakcie lektury frapowały trzy bardzo konkretne pytania. A mianowicie:

Do jakiego (do licha) odbiorcy książka jest adresowana?

Podtytuł dzieła brzmi „Historia i kontrowersje”, toteż czytelnik mający nadzieję na opis dziejów mangi w Polsce i problem recepcji, nie zawiedzie się. Merytorycznie treść trzyma się tematu, szkopuł tkwi w  jego albo zbyt powierzchownym, albo zbyt szczegółowym opracowaniu. Sprzeczność? Nie do końca. Patrząc z punktu widzenia osoby, która nie miała z mangą do czynienia, a chciałby ją poznać, pierwsza część jest przeładowana informacjami: nowe nazwisko goni kolejne, fakty, nazwy gatunków, daty wydań piętrzą się na kolejnych stronach. Oszaleć by można od nawału informacji.

Z kolei, jeśli książka trafi do ręki osoby interesującej się tematem, abstrahując od wywoływania uczucia nostalgii poprzez przypomnienie czasów raczkowania japońskich gryzmołów na rynku (Ach, gdzie te czasy „Secret Service”?), nie jest źródłem odkrywczych informacji. Takiego czytelnika może drażnić fakt, że obok uzasadnionych przypisów odsyłających do źródeł, znajdują się takie, pod którymi kryją się definicje pojęć znanych. Czytelnik mangi nie potrzebuje wyjaśnienia co to jest „fanzin” czy „fandom”, z kolei laik potrzebował będzie krótkiego wyjaśnienia terminu „sentai”, a tego mu poskąpiono. Nie da się „zjeść ciastka i mieć ciastka” więc wypadałoby z góry zdefiniować adresata, bo jeśli będzie się próbowało uszczęśliwić wszystkich, to skutek może być zupełnie odwrotny. Czytaj dalej „Ewa Witkowska „Komiks japoński w Polsce””