Smrodek

wrslaCzuję się jak po lekturze „Pudelka”, z tym że historycznego. Jest (niestety) coś pociągającego w takich plotkarskich opowieściach pozwalających nam zajrzeć do buduarów postaci mniej lub bardziej znanych. Dotyczy to także tych już dawno martwych i rozłożonych: śmiem tuszyć, że publikacja E. Watały znajdzie szerszą publiczność niż rzetelne opracowania historyczne, a to dlatego że temat poruszany dotyczy związków, romansów, zdrad i afer. To się sprzedaje. Im więcej krwi, moczu i spermy, tym lepiej. A tym właśnie „Cuchnący Wersal” epatuje, nawiązując w tytule właśnie do specyficznego zapaszku wyżej wymienionych wydzielin. Ponieważ książka kładzie zdecydowany nacisk na sensację, można by odnieść mylne wrażenie, że wersalskie życie było niesamowicie wynaturzone. Wynika to jednak z formuły przyjętej przez autorkę: skupianie się na (faktycznie występujących) przypadkach wybitnie dziwacznych, a pomijanie szarej masy dworzan, o których książka mogłaby zanudzić czytelnika na śmierć. Tak podany opis francuskiego dworu jest co prawda interesujący, miejscami zabawny lub bulwersujący, ale de facto daleki od rzeczywistości. Mniej tam było skandali i dziwacznych zachowań, niż moglibyśmy sobie wyobrażać po lekturze, a więcej nudy i sztywnej etykiety. Krótko mówiąc, „Cuchnący Wersal” to interesująca ciekawostka, którą jednak należy traktować z przymrużeniem oka i rezerwą, gdyż zasadność niektórych stwierdzeń jest wielce wątpliwa, co niestety czasem trudno zweryfikować (mimo bibliografii, brak nawet odnośników do tekstów źródłowych w przypadku cytatów). Owszem, lwia część opiera się na tekstach źródłowych, część jednak na niepotwierdzonych informacjach z drugiej ręki (słynne „Nie mają chleba, niech jedzą ciastka”, które autorka cytuje jako fakt, mimo że należy tę anegdotę traktować jako pomówienie). Część natomiast to tezy, które bardzo łatwo obalić, jak np. insynuację, zaserwowaną już na wstępie, że Wersal aż do dziś nie wywietrzał (byłam – nie śmierdzi).

#TLDR: Nie wiem właściwie dlaczego ja to przeczytałam.


Elwira Watała  „Cuchnący Wersal”, Videograf, Chorzów, 2013

M. Houellebecq „Uległość”

Michel H. to ten typ autora, który włożyłby nawet majtki na łeb, byle tylko narobić trochę szumu wokół swoich wypocin. Co prawda, w ostatnich powieściach trochę pazur mu się przytępił (Starzejesz się Michel?), ale wciąż, podtrzymując swój image, czuje się najwidoczniej zobowiązany szokować, uciekając się na przykład do wulgarnych opisów seksu, bo przecież „to” się sprzedaje. A przecież to zupełnie niepotrzebne. Zarówno poruszana tematyka, jak i warstwa językowa są wystarczającym powodem by na „Uległość” zwrócić uwagę. Dowcipu i płynności stylu Houellebecqa, których nie niweczy nawet tłumaczenie, jak to często się zdarza, mógłby pozazdrościć niejeden wprawny pisarz. Z kolei tematyka, cóż, nie jest tym, czego można by oczekiwać dając posłuch chybionej promocji. Przeciwnie, jest to powieść dużo lepsza niż można byłoby się po tych ograniczonych opisach spodziewać. Czytaj dalej „M. Houellebecq „Uległość””

Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)

Od w miarę oczytanego, obytego z klasyką człowieka, można oczekiwać znajomości Stendhala (no chociaż ze słyszenia) oraz, że hasło „Czerwone i czarne” nie będzie mu całkiem obce. Choć mój ulubieniec jest obecnie zdecydowanie mniej popularny niż kiedyś, wciąż z kanonu go nie wygryziono, a szanujący się romanista przynajmniej dzieło flagowe tego autora znać musi. Gorzej z resztą twórczości. Szczęśliwcy sięgną po „Pustelnię parmeńską”, ktoś coś skojarzy o jakimś tam Lucjanie, a ktoś w akcie wyszukanego snobizmu może przypomnieć o „Pamiętniku egotysty”. Swoją drogą, przed zajęciem się karczowaniem braków w wykształceniu, bardzo długo myślałam, że tytuł tej ostatniej pozycji brzmi „Pamiętnik egzorcysty”. Wybacz Henri, tak jakoś wyszło, bo czytać nie umiem i literki przestawiam.

Na tle tej bibliografii, „Różowe i zielone” jest stosunkowo mało znane, ba, często nawet nie figuruje na listach dzieł Stendhala. Przyczyna jest prosta: mamy do czynienia z dziełem niedokończonym, prawdę mówiąc zaledwie napoczętym, w którym fabuła (choć znana ze szkiców i planów dalszej części utworu) nawet się nie rozwinąć nie zdążyła. Mamy za to pokaźny wstęp i, co najważniejsze, dość obszerną analizę charakteru głównej bohaterki. Czytaj dalej „Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)”

Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine”

Verne, oprócz powieści fantastycznych i przygodowo-podróżniczych, parał się też gatunkiem historycznym. Ta część jego twórczości jest zdecydowanie mniej znana szerokiej publiczności. Na przykład taki „Hrabia de Chanteleine” nie doczekał się jeszcze nawet tłumaczenia na polski. Cóż, nie da się ukryć, że na tle podróży dookoła świata czy lotów na księżyc, historia jakiejś kontrrewolucyjnej, bretońskiej ruchawki, w dodatku opowiedzianej na przykładzie losów jednej i to już na wstępie brutalnie zdekompletowanej rodziny, może wydać się niezbyt interesująca. Eufemistycznie rzecz ujmując.

Mimo wszystko jest to wciąż integralna część popularyzatorskiej prozy autora. Taki był przecież pochwały godzien cel pisarza: pakowanie do łbów młodzieży wiedzy na temat najnowszych odkryć naukowych, przyrodniczych, ale też mało znanych wydarzeń historycznych i politycznych (aczkolwiek dotyczy to raczej najświeższej dla Verne’a historii XIX-wiecznej). Czytaj dalej „Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine””

„Mapa i terytorium” M. Houellebecq

mapa i terytoriumGrzejnik – wdzięczny obiekt, który z powodzeniem może być tematem przewodnim sztuk wizualnych – zdjęcia, czy tam malowidła – ale materiałem literackim będzie kiepskim. Tak przynajmniej myśli główny bohater „Mapy i terytorium”, Jed Martin, rozchwytywany malarz i fotograf. Deprecjonujący grzejniki i ich znaczenie dla ludzkości punkt widzenia wynika jednakże z braku doświadczenia rzeczonego malarza na gruncie literatury. Jego adwersarz, literackie, pastiszowe alter-ego samego Houellebecq’a we własnej osobie z gracją mu to wyjaśnia. Sam grzejnik może na osnowę powieści nie wystarczyć, ale za to może być częścią intrygi sensacyjno-kryminalnej, dotyczącej na przykład szwindlów w przetargach budowlanych.  Można? Można. Z konwersacji tych dwóch mądrali wynika, że główną różnicą między literaturą a malarstwem jest obecność  ludzi: powieść mimo wszystko bez nich się nie obejdzie, na obrazie grzejnik może być osamotniony i nic to złego mu nie uczyni. Dlatego też Houellebecq, zarówno ten książkowy, jak i realny, musi ludzi w swych książkach umieszczać, mimo głęboko posuniętej mizantropii. Biedactwo. Czytaj dalej „„Mapa i terytorium” M. Houellebecq”

Mój bohater

Baszkiewicz Jan - RichelieuDawno temu, w czasach gdy zaczytywałam się „Trzema Muszkieterami” śniło mi się że goni mnie kardynał Richelieu. Oprawca był tym dumasowskim wydaniem kardynała, tylko trochę bardziej cholerycznym jeszcze, więc pędził za mną na złamanie karku wymachując zamaszyście obnażoną szpadą (proszę nie interpretować tego snu przez pryzmat freudowski – błagam), a ja grzęzłam nieudolnie w ciężkiej sukni i milionie halek, bo sen okazał się na tyle spójny, że i nawet kostium z epoki się dla mnie znalazł. Na szczęście kardynał też został spowolniony przez swoje purpurowe suknie więc zdążyłam się obudzić zanim choleryczny klecha zdążył mnie dogonić. Tym samym nie dowiedziałam się też po co lub dlaczego mnie w ogóle gonił.

No właśnie dlaczego? Przecież zawsze to jemu kibicowałam, a nie żółtodziobowi d’Artagnanowi wymachującemu szabelką bez powodu, przedkładając kardynalski intelekt, intrygi i knowania ponad wszystko. Czytaj dalej „Mój bohater”

Stephen Clarke „Merde! Rok w Paryżu”

merdeMało kto spoza Francji zna prawdziwą historię powstania Unii Europejskiej.

A było to tak: rodzina Charles’a de Gaulle’a miała wiejski domek w pobliżu farmy, gdzie wytwarzano najbardziej pomarszczone kiełbaski w całej Francji. Francuzi nazywają to „saucissons secs”, czyli suche kiełbaski. Długie, cienkie, zniekształcone salami, które wiszą i schną tak długo, aż zrobią się twardsze niż butelki wina. Są tak twarde, że wymagają odpowiednich noży – morderczych narzędzi umożliwiających krojenie tej kiełbasy na cieniuteńkie plasterki, bo jedynie w takiej postaci można ją zjeść – które kupuje się w specjalnych sklepach.

Ale wróćmy do de Gaulle’a. Był on wielkim miłośnikiem owych „saucissons”. Po drugiej wojnie światowej, gdy Francja wreszcie mogła cieszyć się pokojem (pomijając, rzecz jasna, kilka wojen kolonialnych), generałowi udawało się wyskoczyć na wieś kilka razy do roku. Zawsze wtedy do aperitifu z apetytem zajadał ów miejscowy specjał.

Tymczasem pewnego piątku – o zgrozo – kiełbasek zabrakło. „Pourquoi?”, zapytał generał. Otóż dlatego – powiedziano mu – że pobliska farma popadła w kłopoty finansowe i zarzuciła produkcję.

De Gaulle natychmiast przystąpił do działania. Przedstawił parlamentowi projekt ustawy, w którym proponował utworzenie systemu dotacji dla małych gospodarstw wiejskich. W tamtym czasie rządem kierowały związki przemysłowe, więc ustawa nie przeszła. Wówczas de Gaulle wpadł na genialny pomysł: przecież można stworzyć rząd europejski, który sfinansuje produkcję jego ukochanej kiełbasy. […] i w ten sposób doprowadził do narodzin EWG. Niedługo potem farma produkująca ulubione kiełbasy generała opływała w eurogotówkę i wytwarzała tyle dobra, że połową musiała karmić świnie.*

Czytaj dalej „Stephen Clarke „Merde! Rok w Paryżu””

David B „Rycerze świętego Wita”

oklada„Rycerze świętego Wita” to, jak głosi dumnie notka na okładce, „tworzona przez siedem lat autobiograficzna historia o zmaganiach rodziny z epilepsją brata”. Akurat w moim przypadku, wydawnictwo miałoby nie lada trudność w wymyśleniu bardziej zniechęcającej reklamy. Komiks autobiograficzny? Ależ od takich dzieł wieje zazwyczaj nudą na kilometr. Rodzina z chorym dzieckiem? O nie, znowu będzie biadolenie i użalanie się nad sobą. Ale cóż począć? To nieelegancko tak z góry przekreślać komiks na podstawie własnych uprzedzeń. A przecież nie raz spotkało mnie miłe zaskoczenie dzięki testowaniu utworów, z którymi styczności mieć nie chciałam.

David B. (właściwie Pierre-François Beauchard, ale będę się dalej posługiwać literackim pseudonimem, który na szczęście jest o wiele krótszy niż prawdziwe dane (Nic, tylko winszować autorowi dobrego wyboru 😉 ) w „Rycerzach” skupia się przed wszystkim na ukazaniu relacji swojej i swojej rodziny z ciężko chorym (zdecydowanie ostra postać epilepsji, z kilkoma atakami dziennie) bratem. I tak właśnie, jak można się było spodziewać, bez lekkiego użalania się na swój los się nie obeszło. Czytaj dalej „David B „Rycerze świętego Wita””