Terry Pratchett, Stephen Baxter „Długa ziemia”

383198-dluga-ziemiaDaję ludzkości klucz do nieskończonych światów. Koniec z niedostatkiem oraz, miejmy nadzieję, z wojną. Może znajdą nowy sens życia. Badanie tych wszystkich światów zostawiam twojemu pokoleniu, moja droga, choć prywatnie uważam, że spieprzycie to dramatycznie.*

Cóż za uroczy optymizm. Wręcz nie sposób się oprzeć. Wygląda jednak na to, że miłośnicy Pratchetta stawiają jednak opór i to czynny. „Długa ziemia”  spotkała się z licznymi dąsami miłośników „Świata dysku”: że za długie opisy (choć dla mnie było ich za mało i zbyt krótkie), że nudne (nie zasnęłam przecież), że za mało właściwego Terry’emu błyskotliwego humoru (nie wiem, nie znam się), że nie wiadomo dokąd ta intryga zmierza (a po grzyba czytać książkę rozrywkową z przewidywalną fabułą?) Zawiedzeni fani Terry’ego, znaleźli oczywiście kozła ofiarnego w osobie Baxtera. Co złego, to na pewno on! Czytaj dalej „Terry Pratchett, Stephen Baxter „Długa ziemia””

China Mieville „Miasto i miasto”

Nawet średnio lotny czytelnik spostrzeże od razu, że „Miasto i miasto” to powieść, którejokladkamocną stroną a zarazem jedynym raison d’être jest koncept. Już sam tytuł mówi sam za siebie: połączone koniunkcją dwa te same rzeczowniki. Skonsternowana ofiara jeszcze przed lekturą treści zapewne zada sobie pytanie: ale jak to „to i to samo”? Żeby chociaż to było swojskie miasto A i miasto B, jak w zadaniach o turystach i pociągach przerażających pryszczatych nastolatków.

Oczywiście treść sprowadzi na nas uspokajające oświecenie: dwa miasta, Ul Qoma i Beszel nie podlegają jednoznacznej kategoryzacji: nie są to ani byty równoległe, ani odrębne. To bodajże pierwszy przykład kreacji dwóch lokacji, które są czymś pomiędzy koncepcją równoległych czasoprzestrzeni a światem jednorodnym: mieszkańcy jednego miasta mogą Czytaj dalej „China Mieville „Miasto i miasto””

Znowu atak eko-oszołomów?! „Carskie źródło” Kir Bułyczow

Jakoś tak się złożyło, że w swoich wrednych i niesprawiedliwych uprzedzeniach zakładam, że cuda, wianki, dzikie węże w literaturze niewiele wnoszą w moje życie. A pod takim szyldem, zaszufladkowałam sobie prywatnie całą fantastykę i science-fiction. Bynajmniej nie twierdzę, że te gatunki nie mają w sobie pewnego magnetyzmu, przyciągającego zwłaszcza czytelnika spragnionego eskapizmu. Stąd też jeśli już tknę się czegoś podpadającego pod kategorię fantastyki, to zazwyczaj są to dobre fabularnie czytadła. Mają tę niedającą się ukryć zaletę, że zazwyczaj nie nudzą. A i stylizacja językowa bywa urocza i, nie wiem dlaczego, myślę tu o wszędobylskim „chędożeniu”  Sapkowskiego.  W związku z powyższym, nie dorabiając do tego żadnej ideologii, czasem losowo sięgam po tego rodzaju rozrywkę. Co bądź się nada, nie ma co kaprysić. Co się nawinie, to przeczytam.

Tako i spotkanie z „Carskim źródłem” Kira Bułyczowa to przypadkowy owoc mojego okresowego marudzenia pod tytułem „E, niech mi ktoś przyniesie coś do czytania (bo przecież książki zalegające na półce nie uciekną)”. Pewna dobra dusza ulitowała się nad moją potrzebą lub też miała po prostu dość słuchania mojego jęczenia. W każdym razie towar dostarczono. Po oględnym zmacaniu i obwąchaniu pozycji, rzuciłam okiem na tył okładki. Z krótkiej reklamy wyfiltrowawszy parę wyrazów, zachowałam się jak na byt nieobeznany w dziedzinie przystało: Czytaj dalej „Znowu atak eko-oszołomów?! „Carskie źródło” Kir Bułyczow”