Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine”

Verne, oprócz powieści fantastycznych i przygodowo-podróżniczych, parał się też gatunkiem historycznym. Ta część jego twórczości jest zdecydowanie mniej znana szerokiej publiczności. Na przykład taki „Hrabia de Chanteleine” nie doczekał się jeszcze nawet tłumaczenia na polski. Cóż, nie da się ukryć, że na tle podróży dookoła świata czy lotów na księżyc, historia jakiejś kontrrewolucyjnej, bretońskiej ruchawki, w dodatku opowiedzianej na przykładzie losów jednej i to już na wstępie brutalnie zdekompletowanej rodziny, może wydać się niezbyt interesująca. Eufemistycznie rzecz ujmując.

Mimo wszystko jest to wciąż integralna część popularyzatorskiej prozy autora. Taki był przecież pochwały godzien cel pisarza: pakowanie do łbów młodzieży wiedzy na temat najnowszych odkryć naukowych, przyrodniczych, ale też mało znanych wydarzeń historycznych i politycznych (aczkolwiek dotyczy to raczej najświeższej dla Verne’a historii XIX-wiecznej). Czytaj dalej „Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine””

Reklamy

Czas na biadolenie o stereotypach u Verne’a („Północ kontra południe”)

verne_polnoc kontra
Widywałam bardziej kiczowate okładki. Chyba.

O mojej sympatii do Juliusza Verne, kładącej się cieniem na racjonalnym osądzie jego pisarstwa, wspominałam już przy okazji „Napowietrznej wioski” więc nie będę się powtarzać. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło, więc od tego tekstu nie można oczekiwać obiektywizmu (tak jakby kiedykolwiek obiektywizm tu gościł. Dobre sobie.) Lekturę „Północ kontra południe” również zaliczam do pozytywnych doświadczeń, a szeroki zakres tematyczny pisarstwa Verne’a, budzi we mnie coraz większy szacunek.

Nie potrzeba wielkiej przenikliwości, by z tytułu domyślić się, że tym razem Juliusz zabrał się za drażliwą kwestię wojny secesyjnej. Ale, uwaga, jeśli komuś świta pomysł sięgnięcia po tę pozycję ze względu na tematykę historyczną, to niestety, ale figę dostanie. Parę miesięcy roku 1862 stanowi jedynie tło dla intrygi przygodowo-romansowej, ze wszelkimi jej konsekwencjami, to jest mdlejącymi damami i pościgiem za porwaną żoną i dzieckiem. Wszystko to podane na malowniczym tle florydzkich Evergladów (tak właśnie przetłumaczono Everglades w omawianym wydaniu) więc, jak na Verne’a przystało, parę nazw egzotycznych roślinek padnie. Tylko jednej rzeczy zabrakło. Ja się pytam, skoro jesteśmy na bagnach Florydy to gdzie podziały się krokodyle?! Nie ma! Jest za to kupa węży. Fuj. Czytaj dalej „Czas na biadolenie o stereotypach u Verne’a („Północ kontra południe”)”

Klasyka rasizmu? „Napowietrzna wioska” J. Verne’a

Słoniki!

W przypadku J. Verne’a nie potrafię być obiektywna, z prostej przyczyny: to jego książkom zawdzięczam fakt, że dziś nie jestem analfabetą. Gdybym paręnaście lat temu nie zetknęła się z twórczością Verne’a, prawdopodobnie nigdy nie polubiłabym czytania. 20 000 mil podmorskiej żeglugi, W 80 dni dokoła świata i inne podobne powieści nieruchliwemu dziecku jakim wtedy byłam (i nadal jestem, może trochę bardziej wyrośniętym), którego zapędy globtroterskie zaczynały się i kończyły na książkach, dały możliwość poznawania świata bez opuszczania bezpiecznej klitki. Mussetowski „spektakl w fotelu” zastąpiłam „podróżą w fotelu” (choć w tamtych czasach o tak burżujskim meblu mogłam pomarzyć –  kocyk pod grzejnikiem musiał wystarczyć).

Mam więc u Verne’a ogromny dług wdzięczności, a jego powieści wciąż sprawiają mi ogromną radość, mimo że wyzbyłam się gdzieś po drodze bezkrytycznego spojrzenia dziecka. Od Verne’a wszystko się zaczęło i do niego, po prawie 20 latach wracam. A to za sprawą Zielonej Sowy i jej serii „Podróże z Verne’em”. Składają się na nią nowe wydania mniej lub bardziej znanych powieści Verne’a i w poczet zalet tego przedsięwzięcia należy zaliczyć nowe, pełne przekłady wydawanych wcześniej dzieł, bo te z przed ponad pół wieku, co tu kryć, nie należały do najwierniejszych. Wspomniana seria ukazała się na przełomie 2009 i 2010 i liczy 17 tomów (14 powieści). Jeden z nich, całkiem przypadkowo wpadł w me macki. Była to Napowietrzna wioska. Przypadkowo, oznacza w tym wypadku, że zobaczyłam na półce nazwisko autora, i że książka ma słoniki na okładce i ryciny w środku, a ja lubię obrazki, więc sobie kupiłam. Czytaj dalej „Klasyka rasizmu? „Napowietrzna wioska” J. Verne’a”