Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)

Od w miarę oczytanego, obytego z klasyką człowieka, można oczekiwać znajomości Stendhala (no chociaż ze słyszenia) oraz, że hasło „Czerwone i czarne” nie będzie mu całkiem obce. Choć mój ulubieniec jest obecnie zdecydowanie mniej popularny niż kiedyś, wciąż z kanonu go nie wygryziono, a szanujący się romanista przynajmniej dzieło flagowe tego autora znać musi. Gorzej z resztą twórczości. Szczęśliwcy sięgną po „Pustelnię parmeńską”, ktoś coś skojarzy o jakimś tam Lucjanie, a ktoś w akcie wyszukanego snobizmu może przypomnieć o „Pamiętniku egotysty”. Swoją drogą, przed zajęciem się karczowaniem braków w wykształceniu, bardzo długo myślałam, że tytuł tej ostatniej pozycji brzmi „Pamiętnik egzorcysty”. Wybacz Henri, tak jakoś wyszło, bo czytać nie umiem i literki przestawiam.

Na tle tej bibliografii, „Różowe i zielone” jest stosunkowo mało znane, ba, często nawet nie figuruje na listach dzieł Stendhala. Przyczyna jest prosta: mamy do czynienia z dziełem niedokończonym, prawdę mówiąc zaledwie napoczętym, w którym fabuła (choć znana ze szkiców i planów dalszej części utworu) nawet się nie rozwinąć nie zdążyła. Mamy za to pokaźny wstęp i, co najważniejsze, dość obszerną analizę charakteru głównej bohaterki. Czytaj dalej „Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)”

Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine”

Verne, oprócz powieści fantastycznych i przygodowo-podróżniczych, parał się też gatunkiem historycznym. Ta część jego twórczości jest zdecydowanie mniej znana szerokiej publiczności. Na przykład taki „Hrabia de Chanteleine” nie doczekał się jeszcze nawet tłumaczenia na polski. Cóż, nie da się ukryć, że na tle podróży dookoła świata czy lotów na księżyc, historia jakiejś kontrrewolucyjnej, bretońskiej ruchawki, w dodatku opowiedzianej na przykładzie losów jednej i to już na wstępie brutalnie zdekompletowanej rodziny, może wydać się niezbyt interesująca. Eufemistycznie rzecz ujmując.

Mimo wszystko jest to wciąż integralna część popularyzatorskiej prozy autora. Taki był przecież pochwały godzien cel pisarza: pakowanie do łbów młodzieży wiedzy na temat najnowszych odkryć naukowych, przyrodniczych, ale też mało znanych wydarzeń historycznych i politycznych (aczkolwiek dotyczy to raczej najświeższej dla Verne’a historii XIX-wiecznej). Czytaj dalej „Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine””

Z cyklu „Problem kleru”: Jose Rizal i jego „Noli me tangere”

To nie kilim, to okładka.

Konia z rzędem temu, kto wie kim był José Rizal. Przyszło mi na starość odkrywać nowe nazwiska, bo zagnało mnie na Filipiny, czyli ziemię mi nie znaną. Wiem o nich tyle, że to wyspy na których utłukli Magellana. Otóż, rzeczony José nie miał więcej szczęścia niż Ferdynand, bo stracono go w 1896. Ba, nawet z daty jego egzekucji (30 grudnia) uczyniono święto narodowe Filipin. Był on zdecydowanie pozytywnym bohaterem w dziejach kraju (wykształcony, postępowy reformator etc.) więc trochę może zadziwić fakt świętowania jego śmierci, ale są przecież kraje, które przedkładają wspomnienia o swoich porażkach nad sukcesy. Takie taplanie się martyrologii narodowej lub, jeszcze lepiej, narodowowyzwoleńczej. Zalatuje to wszystko nieco terminologią romantyczną, ale i powieść, którą Rizal popełnił, taki styl wypowiedzi usprawiedliwia.

Noli me tangere wydane po raz pierwszy w 1866, nieuchronnie przywodzi na myśl gryzmoły europejskich romantyków. Sprawdźmy, czy są wszystkie elementy:

– wykształcony młodzian rozdarty między miłością do kobiety a dobrem ojczyzny – sztuk jedna.
– mdlejąca i chorująca śnieżnobiała (na Filipinach? Matko, jak?) piękność – sztuk jedna.
– romantyczna wycieczka po jeziorze & beztroskie rozrywki bananowej młodzieży – są. Czytaj dalej „Z cyklu „Problem kleru”: Jose Rizal i jego „Noli me tangere””