M. Houellebecq „Uległość”

Michel H. to ten typ autora, który włożyłby nawet majtki na łeb, byle tylko narobić trochę szumu wokół swoich wypocin. Co prawda, w ostatnich powieściach trochę pazur mu się przytępił (Starzejesz się Michel?), ale wciąż, podtrzymując swój image, czuje się najwidoczniej zobowiązany szokować, uciekając się na przykład do wulgarnych opisów seksu, bo przecież „to” się sprzedaje. A przecież to zupełnie niepotrzebne. Zarówno poruszana tematyka, jak i warstwa językowa są wystarczającym powodem by na „Uległość” zwrócić uwagę. Dowcipu i płynności stylu Houellebecqa, których nie niweczy nawet tłumaczenie, jak to często się zdarza, mógłby pozazdrościć niejeden wprawny pisarz. Z kolei tematyka, cóż, nie jest tym, czego można by oczekiwać dając posłuch chybionej promocji. Przeciwnie, jest to powieść dużo lepsza niż można byłoby się po tych ograniczonych opisach spodziewać. Czytaj dalej „M. Houellebecq „Uległość””

Reklamy

Charlie LeDuff „Detroit: Sekcja zwłok Ameryki”

349945-352x500[…] w tych karawanach nie jechały ludzkie zwłoki, ale maskotki, które do tutejszego Muzeum Historycznego Wytwórni Motown poznosili fani gwiazdy pop Michaela Jaksona, by w ten sposób uczcić swojego idola, który zmarł wskutek przedawkowania leków. W miejskiej kostnicy wciąż mogło sobie spoczywać dwustu pięćdziesięciu nieodebranych nieboszczyków, ale przynajmniej zabawki były już bezpieczne i godnie pochowane.*

Kwiecisty reportaż z pogrążającego się bankructwie Detroit w założeniu autora miał być przykładowym studium tego co może się stać, a gdzieniegdzie już się dzieje w innych miastach Stanów Zjednoczonych. Może trochę histeryzuje, może nie – nie mnie to oceniać Czytaj dalej „Charlie LeDuff „Detroit: Sekcja zwłok Ameryki””

„Troje” Sarah Lotz

279774-352x500W warstwie fabularnej „Troje” to historia szaleństwa ogarniającego ludzkość po niezwykłym wydarzeniu: czterech katastrofach lotniczych, które miały miejsce tego samego dnia, niemal w tym samym czasie, w czterech różnych zakątkach globu. Z trzech wraków ratuje się po jednym dziecku. Niezwykłe ocalenie zapoczątkowało lawinę przeróżnych teorii spiskowych: a to że bachorki to szpiedzy UFO lub szatańskie pomioty, a to znów że to czterej jeźdźcy apokalipsy (bo rzekomo z czwartej katastrofy też ocalało dziecko, tylko że zagubiło się zawyżywszy na afrykański bur… khem, nieład), to znów inne nadprzyrodzone farmazony. Słusznie autorka osnuła opowieść na przyziemnej tendencji do tłumaczenia niezrozumiałych wydarzeń poprzez mniej lub bardziej sensowne teorie spiskowe – wszak takie zachowania są jak najbardziej rzeczywiste i w XXI wieku mnożą się jak grzyby po deszczu (vide Antoni  i brzózka, czy „To Amerykanie uknuli wydarzenia z 11 września i zwalili na terrorystów”). Te okoliczności uniemożliwiają ocalonym dzieciom i ich opiekunom prowadzenie normalnego życia, gdyż ciągle nękani są przez paparazzich oraz… fanatycznych szaleńców, co doprowadza do zaskakującego końca. Czytaj dalej „„Troje” Sarah Lotz”

Notka o „Jutro przypłynie królowa” M. Wasielewskiego

pobraneTytuł reportażu byłby nawet dowcipny, gdyby nie ciężka tematyka. Że niby Królowa (ta znacząca, brytyjska, nie jakaś tam Królowa Burkina Faso) przypłynie na wysepkę zamieszkiwaną przez pięćdziesiąt osób, z których w dodatku część odżegnuje się od przynależności do Imperium Brytyjskiego (wszak płynie w nich krew buntowników)? Co prawda cuda się zdarzają. Na cud na przykład zakrawa że na światło dzienne wyszło czarne oblicze wyspy, a ofiary piekła zgotowanego przez tamtejszą komunę zaczęły mówić.

A powinno być jak w raju: wyspa na Pacyfiku, kwiaty, kokosy i miód. Cóż chcieć więcej. Jednakże zarówno autor reportażu, jak i teksty z okładki, sygnalizują, że wizyta na Pitcairn, a już w ogóle napisanie tekstu, były ryzykowne. Bo mieszkańcy tej „rajskiej” wyspy stworzyli coś na kształt zamkniętej komuny, kryjącej występki należących do niej jednostek w imię dobra zbiorowości. A tym, którzy będą śmieli choćby źle napisać o komunie, grozi się śmiercią. Czytaj dalej „Notka o „Jutro przypłynie królowa” M. Wasielewskiego”

Joanna Bator „Rekin z parku Yoyogi”

imagesDo Bator, od czasu lektury „Japońskiego Wachlarza” mam stosunek mocno ambiwalentny. Owszem, to bardzo dobra pisarka, której język i styl wręcz uwodzą. Podejrzewam, że tak też jest w przypadku jej powieści, z którymi zapewne będę musiała się zapoznać: wiem, że będzie to czystą przyjemnością, bo w przypadku fikcji literackiej nie spodziewam się negatywnych emocji wywołanych wybiórczością opisu realnego świata. Tą bardzo widoczna fragmentaryczność wizji, zarzucam obu książkom Bator, z którymi miałam do czynienia. Ten sam problem dotyczy zarówno „Japońskiego Wachlarza” jak i świeżego, jeszcze pachnącego rybą „Rekina z parku Yoyogi”.

„Japoński Wachlarz” to zapis pierwszych wrażeń z pobytu autorki w Japonii, napisany wspomnianym już czarującym językiem, który usypia czujność czytelnika. Czytaj dalej „Joanna Bator „Rekin z parku Yoyogi””

Peter Heller „Gwiazdozbiór Psa”

indeksJedna z tyk książek, od których nie można się oderwać. Rzadki gatunek, wręcz na wymarciu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się przytrafiło takie beznadziejne przyssanie się do lektury, a już na pewno nie zdarzyło mi się to wcale w przypadku literatury współczesnej. „Gwiazdozbiór Psa” trzymał w napięciu również mimo tego, że przeczytałam zakończenie zaraz na początku lektury. Bo nie wytrzymałam. Bo chciałam wiedzieć. Robię to czasami, w przypadku lektur wywierających duży wpływ emocjonalny, żeby się nie stresować, że zakończenie mnie wykończy. Może dlatego nie czytuję kryminałów.

Ja, prawdę powiedziawszy, czytam niewiele. Mam wolne tempo, a i czasu nie staje. Jest więc to moje pierwsze spotkanie z literaturą nurtu postapokaliptycznego. Czytaj dalej „Peter Heller „Gwiazdozbiór Psa””

Natsuo Kirino „Wyspa Tokio”

Na początek proponuję mini sondę:

Prawidłowej (?) odpowiedzi udzieli nam „Wyspa Tokio” Natsuo Kirino. Brutalnie rzecz ujmując powieść ta jest zgwałconą wersją robinsonady. Stwierdzenie to samo w sobie oskarżeniem nie jest. Wręcz przeciwnie: wszelkie eksperymenty na skostniałych gatunkach są mile widziane. Zresztą pierwsze lody zostały przełamane przez Tourniera i jego duet Robinson & Piętaszek gwałcący glębę i płodzący mandragory.Wyspa-Tokio

Wariacja Kirino wpisuje się w ten trend radosnej profanacji starej dobrej robinsonady, której to sednem była wszak opowieść o triumfie cywilizacji nad dziczą wyspy. Apoteozą budowania w pocie czoła cywilizacji na modłę europejską: stary oswojony Robinson to postawił zagrodę, a to garnek ulepił i jakoś się to kręciło. Z kolei rozbitkowie z „Tajemniczej Wyspy” wymościli sobie przytulne mieszkanko w skale przy użyciu dynamitu. Ale proekologiczny wiek XX (i później) stawia na prymat wyspy nad rozbitkami, więc wszelkie próby stworzenia cywilizacji muszą koniecznie spalić na panewce.

U Kirino, zadawałoby się, wyspa stwarza świetne warunki  do rozwoju– osadników jest wystarczająco dużo, żeby jakoś się zorganizować i to próbują uczynić. Czytaj dalej „Natsuo Kirino „Wyspa Tokio””