„Szogun” J. Clavell

szogumHalo? Czy jest na sali psychiatra? Albo chociaż człowiek, który czytając „Szoguna” nie doświadcza koszmarnych omamów wzrokowych, w postaci zarośniętej facjaty Richarda Chamberlaina, pasującej do brązowej haori i dwóch samurajskich mieczy za pasem, jak kwiatek do kożucha? Jeśli tak, to proszę mnie wtajemniczyć, jak tego dokonał, gdyż też chciałabym być takim szczęśliwcem. Niestety, jako ofiara naznaczona serialem (mimo że nigdy nie obejrzałam go w całości, poza przypadkowymi fragmentami ujrzanymi, gdy znalazłam się w salonie podczas emisji), podczas lektury nie byłam w stanie wyzbyć się tej przykrej wizji. Niemniej jednak świadczy to dobrze o samej powieści, skoro przebrnęłam przez przeszło tysiąc stron i ani razu nie przeszło mi przez myśl, by cegłę tę porzucić, mimo niemożności opędzenia się od nachalnego widma Chamberlaine’a. Czytaj dalej „„Szogun” J. Clavell”