Czas na biadolenie o stereotypach u Verne’a („Północ kontra południe”)

verne_polnoc kontra
Widywałam bardziej kiczowate okładki. Chyba.

O mojej sympatii do Juliusza Verne, kładącej się cieniem na racjonalnym osądzie jego pisarstwa, wspominałam już przy okazji „Napowietrznej wioski” więc nie będę się powtarzać. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło, więc od tego tekstu nie można oczekiwać obiektywizmu (tak jakby kiedykolwiek obiektywizm tu gościł. Dobre sobie.) Lekturę „Północ kontra południe” również zaliczam do pozytywnych doświadczeń, a szeroki zakres tematyczny pisarstwa Verne’a, budzi we mnie coraz większy szacunek.

Nie potrzeba wielkiej przenikliwości, by z tytułu domyślić się, że tym razem Juliusz zabrał się za drażliwą kwestię wojny secesyjnej. Ale, uwaga, jeśli komuś świta pomysł sięgnięcia po tę pozycję ze względu na tematykę historyczną, to niestety, ale figę dostanie. Parę miesięcy roku 1862 stanowi jedynie tło dla intrygi przygodowo-romansowej, ze wszelkimi jej konsekwencjami, to jest mdlejącymi damami i pościgiem za porwaną żoną i dzieckiem. Wszystko to podane na malowniczym tle florydzkich Evergladów (tak właśnie przetłumaczono Everglades w omawianym wydaniu) więc, jak na Verne’a przystało, parę nazw egzotycznych roślinek padnie. Tylko jednej rzeczy zabrakło. Ja się pytam, skoro jesteśmy na bagnach Florydy to gdzie podziały się krokodyle?! Nie ma! Jest za to kupa węży. Fuj. Czytaj dalej „Czas na biadolenie o stereotypach u Verne’a („Północ kontra południe”)”