„Błękitny zamek”. Uwaga: zrzędzę.

Uwaga! Potworne spojlery: nie potrafię napisać o tej książce bez, a nie ma to też najmniejszego sensu. W ramach pokuty zjem ciasteczko.


blekitny-zamekNigdy nie wiadomo, kiedy cegła spadnie nam na głowę. To przecież oczywisty banał. A mimo to wielu ludzi, zamiast czerpać z życia garściami, bo przecież ono krótkie jest i nie możemy mieć pewności, czy przypadkiem z hukiem nagle się nie zakończy (np. przez wybuchające znienacka krzesło „made in china”), żyje tak, jakby ich głównym zadaniem było uszczęśliwianie otoczenia, dostosowywanie się do wymagań rodziny, konwenansów, mody czy innych dyrdymałów. Problem jest aktualny i jak najbardziej realny. W tej kwestii niewiele zmieniło się od początku XX wieku, kiedy „Błękitny zamek” powstał.

W zasadzie jest to twór realistyczny, jednak między rzeczywistością powieściową a faktyczną istnieją dwie zasadnicze różnice. Po pierwsze, wielu ludzi nigdy nie zazna takiego momentu olśnienia jak główna bohaterka, nie zauważy swojego marnego losu i przyczyn niezadowolenia z życia aż do końca. A wtedy będzie już za póżno. Amen. Po drugie nawet gdy takie olśnienie nastąpi, nie zawsze mamy siłę, odwagę czy możliwości by istniejący stan rzeczy zmienić, tudzież taka rewolucja wiązała by się z krzywdą innych. Czytaj dalej „„Błękitny zamek”. Uwaga: zrzędzę.”

„Czasy Secondhand” S. Aleksijewicz

czasy secondhand„Czasy Secondhand” to moje drugie podejście do twórczości Swietłany. I choć lektura, co oczywiste, warta była zainwestowanego czasu, nie zmieniła ona w żadnym stopniu mojego stosunku do zeszłorocznej noblistki: występują tu te same zalety, które wyłuskałam z „Czarnobylskiej modlitwy”, ale też pojawiają się te same wątpliwości.

Reportaż ten, jak na styl autorki przystało, to zbiór de facto znacznie uładzonych literacko wywiadów i wypowiedzi świadków. Tym razem ludzi, którzy pamiętają czasy Związku Radzieckiego i byli świadkami, a czasem sprawcami i siłą napędową, jego upadku, rozkładu i następującej po tym dzikiej transformacji w gospodarkę kapitalistyczną rodem z XIX wieku.

Polski czytelnik jest w tym przypadku w uprzywilejowanej sytuacji, gdyż część zjawisk będzie pamiętał z autopsji (jeśli oczywiście jest wystarczająco wiekowy), jak na przykład nagłe wkroczenie gospodarki rynkowej objawiającej się między innymi zastąpieniem kultem pieniądza szacunku dla wykształcenia. Część czytelników może też pamiętać pewne zjawisko z perspektywy obserwatorów z drugiej strony barykady. Tak może być w przypadku osób, pamiętających targi pełne Rosjan sprzedających mydło i powidło. W latach 90. obficie korzystaliśmy z taniej oferty tych ulicznych handlarzy, nie zastanawiając się zbytnio jakie dramaty ludzkie za tym stoją i czy przypadkiem nie kupujemy tego kiczowatego garnuszka od profesora filologii. Dla nas byli to po prsotu „ruscy”. Czytaj dalej „„Czasy Secondhand” S. Aleksijewicz”

U. Eco „Temat na pierwszą stronę”

temat na pierwsza stroneOszukali mnie w sklepie! Najnowsza powieść Eco ma bowiem tylko 170 stron i to kulfoniastą czcionką zadrukowanych.

Więc jak to inaczej nazwać? Człowiek czeka, ślini się na wieść, że już wkrótce wyjdzie nowa powieść ulubionego autora już, ale jak już wyszła, to przeczytało się ją w dwa dni i kończy się w takim momencie, że ma czytelnik wrażenie, iż to tylko wstęp był dopiero. A tu się okazuje, że to już. Koniec, fine. Innymi słowy Eco znowu robi nas w konia.

Mało tego. Szydzi także sam z siebie oraz ze swojej ulubionej publiczności, bo nigdy przecież autor nie ukrywał, że jego powieści są adresowane do erudytów i że sam się za takowego uważa:

„Przegrani, podobnie jak samoucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznawanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji zastrzeżona jest dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu”*

Czytaj dalej „U. Eco „Temat na pierwszą stronę””

Michał Kołodziejski „Takahashi Korekiyo (1854-1936) a gospodarka międzywojennej Japonii”

a91a7314fb86090da373e35c054e146eWyjątkowo tym razem pozwolę sobie streścić meritum książki w stylu „Zielonej gęsi:”: Czytaj dalej „Michał Kołodziejski „Takahashi Korekiyo (1854-1936) a gospodarka międzywojennej Japonii””

Lisa See „Dziewczęta z Szanghaju”

52812-dziewczeta-z-szanghaju-lisa-see-1A jednak zmieniłyśmy się obie. Widzę siebie – trzydziestodwuletnią, już niemłodą matkę, ale zadowoloną z siebie kobietę. Moja siostra to kwiat w pełni rozkwitu. Wciąż płonie w niej pragnie, żeby na nią patrzono i ją podziwiano. Im więcej tego dostaje, tym więcej potrzebuje. Nigdy się nie nasyci.*

„Dziewczęta z Szangahaju” to przede wszystkim historia burzliwej relacji dwóch sióstr, które mimo znacznych różnic charakterów, priorytetów, celów życiowych i przeciwności losu, pozostają dla siebie wsparciem.

Urocze.

Więź między tymi dwiema kobietami sceptycznemu czytelnikowi wyda się wręcz nierealna (i nie można go za to winić). Bez wdawania się w szczegóły powiem tylko, że wzajemne niesnaski, rywalizacja i przewiny (zwłaszcza młodszej, egoistycznej i dość głupiej May) są zbyt duże, by siostrzana miłość przetrwała. Jest to jednak spojrzenie zachodniego odbiorcy. Czytaj dalej „Lisa See „Dziewczęta z Szanghaju””

James Clavell „Król szczurów”

143711-155x220„Król szczurów” – rzecz za gatunku tych, które czyta się jednym tchem dzięki wciągającej fabule i lekkiemu stylowi (okraszonemu licznymi dialogami). Nie dziwi więc fakt, że powieść ta jest dość poczytna. Aż trudno uwierzyć, że to literatura obozowa. Jako że jestem przesiąknięta doświadczeniami z polskimi reprezentantami tej domeny, istnienie w tym gatunku powieści posiadającej wszelkie cechy wciągającego bestselleru, stanowi dla mnie pewne kuriozum. W konfrontacji z rodzimą produkcją, „Król szczurów” jest mało przerażający. Wynika to ze specyfiki amerykańskiego spojrzenia autora i paru innych czynników. Czytaj dalej „James Clavell „Król szczurów””

Lily Koppel „Żony astronautów”

zonyJak tytuł wskazuje mamy do czynienia z historią żon astronautów. Uściślając zakres, chodzi o żony od pierwszych astronautów aż do końca programu Apollo (w sumie około pięćdziesięciu kobiet), przy czym autorka skupia się najbardziej na pierwszej siódemce (tzw. „Żon Merkurego”, grupy ochrzczonej od nazwy programu kosmicznego, w którym brali udział mężusie). Gdzieś w połowie książki pojawią się nowe „intruzki”, czyli kolejne dziewięć żon, potem kolejne czternaście, potem jeszcze dziewiętnaście. Pokaźne stadko. A co sobie będziemy żałować? Śledzimy ich losy od roku 1959 do 1972, czyli szmat czasu, pomimo czego szczegółowość relacji nie ucierpiała. Autorka dotarła do licznych artykułów źródłowych z tamtych czasów, jak i do niektórych żyjących jeszcze bohaterek. Było więc o czym pisać. Czytaj dalej „Lily Koppel „Żony astronautów””

Alex Kerr „Japonia utracona”

japoniaCzasami naprawdę jest mi głupio, że tak często zrzędzę. Tak było w przypadku Bator czy Terzaniego. Przeżywam rozterki w stylu „a może nie wypada”, skoro odczuwam negatywne emocje czy wręcz czasem w swej bucie próbuję podważać zdanie uznanych autorytetów. Może lepiej zamilknąć? Ale z drugiej strony, pod logiem „tandeciarni” mogę sobie pozwolić na wiele. Wszak to ja jestem bezguściem, więc co się dziwić, że me zdanie nie zawsze się pokrywa ze zdaniem większości?

Co do Kerra, mam bardzo podobne odczucia. „Utracona Japonia”, książka uznana za wartościowe studium zanikania tradycyjnych japońskich wartości, leżakowała u mnie po przeczytaniu pół roku. Niestety nawet po tym czasie niesmak i bunt pozostały, więc jednak nie mogę pewnych rzeczy przemilczeć. Alex to w koniec końców wykształcony japonista, sinolog, wieloletni mieszkaniec Japonii, tak przesiąknięty tą „japońskością”, że zarzekał się iż nie był w stanie sam przetłumaczyć swoich esejów napisanych po japońsku na język macierzysty, a mimo to jego postawa i arbitralna ocena ówczesnej Japonii (lata 90.) mierzi. Czytaj dalej „Alex Kerr „Japonia utracona””

A. Perez-Reverte „Klub Dumas”

[Właściwie to tu są spojlery – nie czytać jak ktoś ma fobie :D]

okladkaKpina na kpinie, kpiną pogania. Nie żebym była oburzona, ale wychodzi na to, że cała powieść jest zbudowana właśnie na pokpiwaniu.

Po pierwsze świat przedstawiony składa się z samych postaci, które nawzajem ze sobą igrają, bądź sobą pogardzają: znawca twórczości Dumasa (ojca), Boris Balkan, pokpiwa sobie z oportunistycznego łowcy (wręcz spekulanta) książek Corsa, ten z kolei pomiata swoim znajomym księgarzem La Pontem (trochę słusznie bo to wyjątkowo tchórzliwy i tępy typ), obojgiem pomiata Irene Adler (pseud.) być może wcielenie diabła. I tak dalej. A jako że styl powieści ma momentami uchodzić za dowcipny to bohaterowie główni i poboczni co i rusz atakują się nawzajem ciętymi ripostami. Bądź okazują swoją pogardę. Tu wredny uśmiech, tam pogardliwe odwrócenie się na pięcie i wszyscy są zadowoleni. Czytaj dalej „A. Perez-Reverte „Klub Dumas””

Mo Yan „Kraina wódki”

kraina-wodkiSkończywszy lekturę „Krainy Wódki” po wielu perypetiach, stwierdzam obelżywie, że bardziej frapująca niż jej treść, była sama historia mojego obcowania z tym czymś. Wiem, że brzmi to niejasno, toteż już śpieszę z wyjaśnieniami.

Z „Wódką” zaczęłam zapoznawać się pewnego mroźnego lutowego dnia w 2013 roku. To znaczy, wtedy sięgnęłam po książkę i radośnie zapakowałam do torebki, by móc obcować z nią w tramwaju. Szybko zorientowałam się, że to był potworny błąd. Dzieło torebkowe ma charakteryzować się lekkością zarówno dosłowną jak i metaforyczną, gdyż wybrzuszone szyny oraz karkołomny pęd (czasem zdarza się i więcej niż 20km/h) motorniczego, wprawiający ostatni wagon w uprzykrzające lekturę turbulencje, nie sprzyjają skupianiu się na głębi treści, ani zapamiętywaniu przeczytanego tekstu. Brnęłam jednak uparcie, po parę stron dziennie, nie odczuwając przy tym specjalnie głębszych emocji poza znudzeniem. Czasem mnie też mdliło, ale przyczyną mógł być tramwaj a nie „Wódka”. Kto wie. Czytaj dalej „Mo Yan „Kraina wódki””