Znowu Lisa. „Miłość Peonii”

milosc peoniiZ każdą kolejną przeczytaną książką Lisy See rośnie moje zaskoczenie.  Nie dziwi mnie już wcale fakt, że w gatunku tych czysto rozrywkowych to świetne książki. Gdyby takimi nie były, autorka nie cieszyłaby się przecież takim powodzeniem*. Jednakże bogactwo informacji na temat kultury i historii Chin, refleksje na temat losu tamtejszych kobiet, ukryte pod płaszczykiem łzawej romansowej fabuły, wzbudzają szacunek. Trzeba tylko mieć wystarczająco dobrych chęci, by zobaczyć w tej książce coś więcej niż sercowe perypetie nastoletniej kozy.

Tytuł powieści jest zwodniczy. Już z „Kwiatu śniegu i sekretnego wachlarza” podśmiewałam się szyderczo, gdyż z powodzeniem może służyć jako odstraszacz wrogów literatury kobiecej, a występujący tu czasem gościnnie Hieronim Truchło ujrzawszy ten tytuł odwrócił się na pięcie i uciekł. Cóż więc mogę rzec o czymś co nosi tak sugestywny tytuł jak „Miłość Peonii” ? Jednakże uznając powieść za zwykły romans, nie można się bardziej mylić.

Pierwszą część powieści (około jednej czwartej) zapełnia przewidywalna do bólu fabuła romansowa. Sztampowość tego wstępu razi ogromnie, ale tylko do momentu gdy następuje wreszcie moment, którego wszyscy się spodziewali, a który prowadzi jednocześnie do nieoczekiwanych konsekwencji i ciągu dalszego. Gdybyśmy faktycznie mieli do czynienia z typowym romansem, „Miłość Peonii” musiałby się zakończyć gdzieś około strony 130. Tak się jednak nie dzieje: mamy przed sobą jeszcze trzy czwarte książki, a każda kolejna strona niweczy wcześniejszą przewidywalność i schematyczność. W tej sytuacji pierwsza część wydaje się być świadomym zabiegiem usypiającym czujność czytelnika i przygotowującym grunt pod bardzo nietypowy romans.

Tak jak w przypadku „Kwiatu śniegu”, „Miłość Peonii” obfituje w opisy tradycji chińskich. Tym razem skupiamy się na świecie duchów i szczegółowych opisach wierzeń z nimi związanych. See jednak, jak zwykle zresztą, daleka jest od przynudzania suchymi opisami. Wiedza na temat XVII-wiecznych Chin przemycona jest zręcznie jako nieodłączny element fabuły. Nawet reminiscencje historyczne (inwazja Mandżurów i obalenie dynastii Ming) nie są tylko opisem tła, a zręcznie wplecioną w życie bohaterek integralną częścią fabuły.

Mówię „bohaterek”, gdyż, mimo że oczywiście mężczyzn w książce nie brak, to powieść ta, jak zresztą każda inna książka See, traktuje przede wszystkim o losie kobiet. To punkt wspólny całej twórczości tej autorki, wręcz idee fixe: opresyjna, szowinistyczna kultura Chin i strategie kobiet próbujących sobie w tym świecie jakoś radzić. Nieważne czy powieść traktuje o wieku XVII, XIX, czy początku XX – punktem wspólnym jest empatia z jaką See traktuje ten trudny temat, nie deprecjonując jednocześnie kultury narodowej. To trudne zadanie, z którego autorka wywiązała się śpiewająco.

Już w notatce o „Kwiecie Śniegu” podkreślałam merytoryczną wartość pisarstwa See. W przypadku „Miłości Peonii” jest to jeszcze bardziej uderzające. Być może dlatego, że fabuła opiera się częściowo na faktach. Sama autorka nazywa swoje dzieło powieścią historyczną, aczkolwiek zważywszy na spory udział duchów w akcji, można uznać to za pewne nadużycie. Nie zmienia to jednak faktu, że równolegle do akcji fantastycznej rozgrywającej się w świecie duchów, mamy do czynienia z fabularyzacją wydarzeń historyczno-literackich. Osią powieści jest historia powstania „Komentarza trzech żon”, tekstu jak najbardziej istniejącego, do „Pawilonu Peonii”, chińskiej opery z 1598. I tu dochodzimy do sedna sprawy: nasza europocentryczna kultura milczy na ten temat, podczas gdy tekst ten w Chinach był zjawiskiem o dużym znaczeniu, tekstem rewolucyjnym, wywołującym spory i wpływającym na społeczeństwo. W tym temacie oddaję głos autorce:

Pawilon Peonii był pierwszym literackim dziełem w historii Chin, którego bohaterka – szesnastoletnia dziewczyna – wybrała własny los, co okazało się wstrząsające i podniecające zarazem. Główny wątek zafascynował kobiety, które, z nielicznymi wyjątkami, mogły tylko czytać tekst opery, nie mogły natomiast oglądać jej ani słuchać. Namiętne uczucia i dyskusje, jakie wzbudził Pawilon, porównywano z fanatycznym zainteresowaniem Werterem Goethego w osiemnastowiecznej Europie czy też powieścią Przeminęło z wiatrem w Stanach Zjednoczonych. W Chinach szczególnie podatne na wpływ tej historii były młode, wykształcone, kobiety z zamożnych rodzin, zwłaszcza te między trzynastym a szesnastym rokiem życia, których związki małżeńskie zostały już zaplanowane i zaaranżowane. Wierząc, że życie naśladuje sztukę, naśladowały Liniang [protagonistkę Pawilonu Peonii, przyp. W.B]: rezygnowały z jedzenia, traciły siły i umierały z nadzieją, że przez śmierć będą mogły wybrać swoje przeznaczenie, tak jak uczynił to duch Liniang.**

Przyznam szczerze, że gdyby nie See, nigdy bym o „Pawilonie Peonii” nie usłyszała i choćby dla tego warto było poświęcić te parę chwil na lekturę.


*Względnie sporym, oczywiście jak na książki w tym nieszczęsnym kraju 😛
** „Nota od autorki” w Lisa See, Miłość Peonii, przeł. Anna Dobrzańska-Gadowska, Świat Książki, Warszawa, 2014, str. 392-393

Reklamy

3 thoughts on “Znowu Lisa. „Miłość Peonii””

  1. Pamiętam, że byłam tak rozczarowana obrotem sytuacji w tej jednej czwartej, ze chyba nawet nie skończyłam. Ale teraz po Twoim tekście mam ochotę wrócić do tej książki.

  2. Tytuł sugestywny, ale ta peonia brzmi jakoś tak dostojnie. Gdyby wybrać bardziej swojskie określenie kwiatka i dać „Miłość Piwonii” to by dopiero był straszak na czytelników rodzaju Hieronima T. 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s