„Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” H. Murakami

koniec swiata i harboiled wonderlandIstnieją trzy możliwości:

1. Pan Haruki mi się przejadł, bo czytam go sporo.

2. „Koniec świata” to jedna ze słabszych powieści Murakamiego.

3. Jak to czytałam, byłam najzwyczajniej w świecie zmęczona życiem.

Po namyśle odrzucam opcję pierwszą, bo Murakamiego dawkuję sobie skromnie, jakoś raz na pół roku tak aby mi starczył na długo, bo przecież jak wykituje to skończy płodzić. Choć, biorąc pod uwagę japońską długowieczność, zaczęłam się zastanawiać czy w takim tempie czytania jego urobku, nie wykituję zanim mi jego radosnej twórczości zabraknie. Natomiast plusem tego podejścia jest to, że właśnie uczucia przesytu nie powinnam doznać. Czytaj dalej „„Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” H. Murakami”

Reklamy

De cucumeribus

sputnik_sweetheart– Ale jak ma się być wyczulonym? Pojawia się krytyczny moment, mówisz sobie „Okay, teraz będę wyczulony i zacznę słuchać uważnie”, ale tego nie da się zrobić ot tak sobie, prawda? Możesz się wyrażać bardziej konkretnie? Podać jakiś przykład?
– No, najpierw musisz się rozluźnić. Powiedzmy… licząc.
– Co jeszcze?
– Wyobraź sobie ogórka w lodówce w letnie popołudnie.*

Jeśli miałabym odpowiedzieć krótko na pytanie dlaczego czytuję Murakamiego, mimo że w wielu jego płodach fabuły praktycznie nie ma, a i urodą języka wcale nie grzeszy, powiedziałabym, że właśnie dla takich ogórków. Czytaj dalej „De cucumeribus”

Spalmy sobie stodołę: „Zniknięcie słonia” Haruki Murakami

Może to tylko nabyta nieufność, ale za każdym razem gdy na polskim rynku wydawniczym, czy to literackim, czy muzycznym, pojawia się coś opatrzonego łatką „składanki” lub „wyboru” pism, zwłaszcza gdy chodzi o artystę znanego i, co ważne, sprzedającego się jak ciepłe bułeczki, mam nieodparte wrażenie, że wydanie nowej książki, to tak zwane odcinanie kuponów od sukcesu. Murakami, jakby nie było, kryteria marketingowe spełnia. Znany? Owszem. Czytany? Tak, choć wielu się burzy, że lektura nic do życia nie wnosi. Kupowany? Pewnie też więcej niż reszta, mniej rozreklamowanych pisarzy japońskich (Kawakami, Kirino, Yamadę ktoś zna poza fanami Kraju Kwitnącej Wiśni?). Do tego wszystkiego, nieszczęsny, niedoszły (i bardzo się z tego cieszę, że niedoszły) noblista, niedoceniony faworyt bookmacherów, co zapewne również wpłynie na sprzedaż.

Uprzedzając fakty: tak, wiem, sama rzuciłam hasłem „odcinanie kuponów”. Toteż, sama sobie winna jestem sklecić sprostowanie. Może nie tyczy się to każdej książki Murakamiego, ale „Zniknięcia Słonia” jak Rejtan będę bronić przed taką potwarzą (tak, jeśli będzie trzeba podrę giezło swe pod drzwiami, mimo że z punktu widzenia taktyki niewielki z tego będzie pożytek, ale jak mus, to mus).

Oj, powiało bezkrytycznym uwielbieniem godnym nastoletniej wielbicielki. Jako że jestem trochę za stara na taką adorację, śpieszę z wyjaśnieniem: nawet jeśli wydanie wyboru opowiadań było zamierzonym zabiegiem marketingowym, to wciąż jest to zbiór bardzo dobry. Ubolewam trochę nad faktem, że nie są to kompletne „dzieła zebrane”, jakie mają w zwyczaju wypuszczać wydawnictwa w oczekiwaniu na nowe produkty, ale z braku całości, i fragmentami się zadowolę. A co do ich doboru, nie pozostaje mi nic innego niż stwierdzenie że… Czytaj dalej „Spalmy sobie stodołę: „Zniknięcie słonia” Haruki Murakami”