O tym jak M. Wicha skłonił mnie do wspominania dzieciństwa. Między innymi.

 

okladkaJestem brand managerem piegusków – przedstawiła się pani. – Zawsze chciałem panią poznać – zapewniłem.

Nigdy nie zapomnę spojrzenia, którym mnie obrzuciła. Nie chodziło o moją nieuprzejmość. Raczej o bluźnierstwo. Zetempowcy wolnego rynku nie pozwalali uchybiać brandom. Kilka lat wcześniej, w dekadencji PRL, można było drwić z wszystkiego i wszystkich. Nagle przyszedł kapitalizm i wszyscy spoważnieli. Ogłoszono koniec ironii. Ironia był matką odstępstwa. Synonimem wyższości. Wyniosłości. Zarozumialstwa.

M. Wicha ma niezwykły talent do trafnego i treściwego nazywania rzeczy po imieniu, zachowując przy tym pewną poetyckość opisu, cierpki dowcip i zdrową dozę rzeczonej, wyklętej ironii. Toteż mimo mało imponującej objętości „Jak przestałem kochać design” jest bardzo bogatą w spostrzeżenia historią „design’u” w Polsce. Czytaj dalej „O tym jak M. Wicha skłonił mnie do wspominania dzieciństwa. Między innymi.”

Premiera: „Leonid i Bambosze”

Proszę państwa, tylko dziś i tylko na Tandeciarni. Przełomowy, nigdy dotąd niepublikowany tekst Hieronima Truchło w całej okazałości i pełnej krasie ujrzy światło dzienne (albo nocne, zależy kiedy to czytacie).

„Leonid i bambosze” to skarb, szczytowe osiągnięcie cywilizacji białego człowieka, które jeszcze nie ukazało się nakładem żadnego szacownego wydawnictwa, tylko dlatego, że autor nie życzył sobie rzucać pereł przed wieprze. Trzeba być bowiem więcej niż trzodą chlewną by geniusz tej wybitnie heteronormatywnej (wnosząc po ilości ślubów, romansów i zdrad) sztuki pojąć. Otóż mamy tu do czynienia z szeroką problematyką poruszającą zarówno kwestie polityki globalnej jak i, wydawałoby się mało znaczące, osobiste dramaty jednostek, a wszystko to w dość trudnej w odbiorze formie współczesnego dramatu.

Wrażliwy widz zapewne szybko zorientuje się, że sztuka jest dla autora dziełem osobistym i przełomowym. To przepracowanie traumy i angstu zrodzonych w czasach raczkującej jeszcze wojny z terroryzmem. Aż prosi się o odniesienie dzieła do wypadków ostatnich lat, jednakże, niestety, metoda datowania radiowęglowego zmusi nas do zrewidowania tej hipotezy: plik powstał dobrych parę lat temu. Autor podejmuje tematy globalnie istotne a losy bohaterów są umiejętnie wplatane w wydarzenia historyczne jak np. znikające światowe zapasy korniszonów, czy o pełzającej, wciąż żywej hydrze komunizmu. Czytaj dalej „Premiera: „Leonid i Bambosze””

Znowu Balzac. Garść uwag po lekturze „Sakiewki”

Będzie krótko, bo po kiego czorta mam się rozpisywać na temat tekstu, którego przeczytanie tempem żółwim zajmuje najwyżej dwie godziny. Idziecie przeczytać tę „Sakiewkę”. Nie zajmie dużo czasu. Korzyść dla ludzkości co prawda żadna, ale i tak większa niż czytanie moich wypocin.

Dwie uwagi dla potomności: Czytaj dalej „Znowu Balzac. Garść uwag po lekturze „Sakiewki””

„Honor samuraja” T. Matsuoka

Ogłoszenie: poniższy tekst jest wytworem wyobraźni. Wszelkie podobieństwo do osób bądź rzeczywistych wydarzeń jest przypadkowe. Choć rzeczywistość mogła tak wyglądać.


 

Teatrzyk „Wybebeszony Tapir” przedstawia:

„Jak to się mogło stać?” czyli krótka fantazja na trzy łby o kreatywnym marketingu wydawniczym.


 

Osoby dramatu:

1. Tłumacz, dalej zwany T. Posiada: sporo dystansu do rzeczywistości (inaczej by nie przeżył) i mózg.
2. Impetyczny menedżer działu sprzedaży – M. Posiada: krawat w kaczuszki i ostatnie słowo.
3. Zahukana redaktorka, zdecydowanie nie jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu – R. Posiada: laptopa i dostęp do bazy danych wydawnictwa.


Czytaj dalej „„Honor samuraja” T. Matsuoka”

Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)

Od w miarę oczytanego, obytego z klasyką człowieka, można oczekiwać znajomości Stendhala (no chociaż ze słyszenia) oraz, że hasło „Czerwone i czarne” nie będzie mu całkiem obce. Choć mój ulubieniec jest obecnie zdecydowanie mniej popularny niż kiedyś, wciąż z kanonu go nie wygryziono, a szanujący się romanista przynajmniej dzieło flagowe tego autora znać musi. Gorzej z resztą twórczości. Szczęśliwcy sięgną po „Pustelnię parmeńską”, ktoś coś skojarzy o jakimś tam Lucjanie, a ktoś w akcie wyszukanego snobizmu może przypomnieć o „Pamiętniku egotysty”. Swoją drogą, przed zajęciem się karczowaniem braków w wykształceniu, bardzo długo myślałam, że tytuł tej ostatniej pozycji brzmi „Pamiętnik egzorcysty”. Wybacz Henri, tak jakoś wyszło, bo czytać nie umiem i literki przestawiam.

Na tle tej bibliografii, „Różowe i zielone” jest stosunkowo mało znane, ba, często nawet nie figuruje na listach dzieł Stendhala. Przyczyna jest prosta: mamy do czynienia z dziełem niedokończonym, prawdę mówiąc zaledwie napoczętym, w którym fabuła (choć znana ze szkiców i planów dalszej części utworu) nawet się nie rozwinąć nie zdążyła. Mamy za to pokaźny wstęp i, co najważniejsze, dość obszerną analizę charakteru głównej bohaterki. Czytaj dalej „Stendhal „Różowe i zielone” (to nie błąd, tak ma być)”

Buddy Levy „Rzeka ciemności”

rzeka ciemnosciSpływ F. Orellany Amazonką to jedna z najbardziej wyjątkowych ekspedycji w historii konkwisty. Wie o tym każdy, kto wystarczająco dobrze orientuje się w temacie, choć zapewne szerszej publice nazwisko tego człeka niewiele mówi. A wszystko zaczęło się jak zawsze: od poszukiwania złota i mitycznego El Dorado. Za unikatową w skali światowej i wyjątkową na tle reszty poczynań konkwistadorów ekspedycją odkrywczą, kryła się więc żądza zysku. To smutne. Ale czy kogoś to dziwi? Wszyscy Europejczycy, którzy w ówczesnym okresie znaleźli się w Ameryce Południowej, przybyli tam przecież w celu zdobycia bogactw, ewentualnie zaspokojenia swoich ambicji i żądzy władzy (tu bracia Pizarrowie wiedli prym). Plaga niepiśmiennych pastuchów z Estremadury, w większości skoligaconych, albo przynajmniej należących do tego samego towarzystwa wzajemnej adoracji zalała nowy świat. Czegóż mamy od nich oczekiwać? Zachwytów nad pięknem przyrody? Nieinwazyjnych ekspedycji badawczych? Nie, no przecież oczywiście że rzezi i grabieży. No chyba, że coś pójdzie nie tak i zamiast łupić, gwałcić i mordować trzeba będzie walczyć o przeżycie. Czytaj dalej „Buddy Levy „Rzeka ciemności””

Susan Cain „Ciszej proszę: siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać”

ciszej-prosze
Podbija serca już w 24 krajach. Czasami myślę sobie, że autorzy kretyńskich blurbów powinni podlegać karze chłosty.

„Ciszej proszę” powinno być lekturą obowiązkową każdego ekstrawertyka. Introwertykom też się przyda, bo może, tak jak ja, całe życie spędzili w niewiedzy. W każdym razie świat byłby o wiele przyjaźniejszy dla sporej grupy społecznej (szacowana liczba introwertyków w Stanach Zjednoczonych waha się między 30% a 50% ogółu obywateli), gdyby ludzie bardziej rozumieli czym introwersja jest i, o ile znajdują się o po drugiej stronie barykady, przestali potępiać niezrozumiałe dla nich zachowania.

Ileż to razy słyszałam, że jestem dziwna, nienormalna, dzikiem, czubkiem? Bo nie lubię podróży, nie lubię imprez i dużych zbiorowisk ludzkich, nad hulanki i swawole w sobotni wieczór przedkładam spokojną rozmowę z dobrym znajomym, bądź leżenie z książką w domowym zaciszu. Nie jestem też w stanie zrozumieć skłonności niektórych ludzi do sportów ekstremalnych, choć bardzo się starałam. Skąd u nich ta potrzeba adrenaliny, podczas gdy życie codzienne mnie zapewnia jej aż nadto (te emocje w warzywniaku!)? Dlaczego niektórzy ludzie w obliczu ciszy, starają się czymś ją zapełnić, w ostateczności uciekając się do trajkotania? Przecież cisza jest piękna. Dlaczego przywódcami zostają zawsze krzykacze, choć bardzo często chrzanią jak potłuczeni i bardzo łatwo wytknąć im podstawowe błędy logiczne (o ile dojdzie się do słowa), ale nawet jak ktoś tego dokona, krzykacz i tak, nawet po tym jak głupota jego została obnażona, znajdzie posłuch? Wszystko to, merytorycznie, aczkolwiek z dozą amerykańskiego optymizmu i poufałości wyjaśnia Susan Cain. I, co ważne, powie nam jak sobie z tym radzić. Czytaj dalej „Susan Cain „Ciszej proszę: siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać””

Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine”

Verne, oprócz powieści fantastycznych i przygodowo-podróżniczych, parał się też gatunkiem historycznym. Ta część jego twórczości jest zdecydowanie mniej znana szerokiej publiczności. Na przykład taki „Hrabia de Chanteleine” nie doczekał się jeszcze nawet tłumaczenia na polski. Cóż, nie da się ukryć, że na tle podróży dookoła świata czy lotów na księżyc, historia jakiejś kontrrewolucyjnej, bretońskiej ruchawki, w dodatku opowiedzianej na przykładzie losów jednej i to już na wstępie brutalnie zdekompletowanej rodziny, może wydać się niezbyt interesująca. Eufemistycznie rzecz ujmując.

Mimo wszystko jest to wciąż integralna część popularyzatorskiej prozy autora. Taki był przecież pochwały godzien cel pisarza: pakowanie do łbów młodzieży wiedzy na temat najnowszych odkryć naukowych, przyrodniczych, ale też mało znanych wydarzeń historycznych i politycznych (aczkolwiek dotyczy to raczej najświeższej dla Verne’a historii XIX-wiecznej). Czytaj dalej „Znowu Verne -„Hrabia de Chanteleine””

„Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” H. Murakami

koniec swiata i harboiled wonderlandIstnieją trzy możliwości:

1. Pan Haruki mi się przejadł, bo czytam go sporo.

2. „Koniec świata” to jedna ze słabszych powieści Murakamiego.

3. Jak to czytałam, byłam najzwyczajniej w świecie zmęczona życiem.

Po namyśle odrzucam opcję pierwszą, bo Murakamiego dawkuję sobie skromnie, jakoś raz na pół roku tak aby mi starczył na długo, bo przecież jak wykituje to skończy płodzić. Choć, biorąc pod uwagę japońską długowieczność, zaczęłam się zastanawiać czy w takim tempie czytania jego urobku, nie wykituję zanim mi jego radosnej twórczości zabraknie. Natomiast plusem tego podejścia jest to, że właśnie uczucia przesytu nie powinnam doznać. Czytaj dalej „„Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” H. Murakami”

A. Gordon „Nowożytna historia Japonii”

nowożytna-historia-japoniiW zasadzie zamierzałam tę pozycję pominąć milczeniem, tak jak całą resztę lektur służących jedynie pogłębieniu i usystematyzowania wiedzy z zakresu historii Japonii. Jednak, po głębokim namyśle, stwierdziłam, że źle bym się czuła, jeśli nawet paru słów dziełu A Gordona nie poświęcę. Wychodziłoby na to, że jak trzeba się nad książką poznęcać, poskakać po nagrobkach czy pokopać leżącego to jestem pierwszą chętną, a do chwalenia to już nie ma ochotnika.

Więc chwalę. Z czystym sumieniem.

Poza oczywistymi faktami, które wiernych czytelników serii ceramowskiej nie powinny dziwić, czyli poprawnością merytoryczną, dokładnością (maksymalną na jaką można sobie pozwolić w książce poruszającej tak obszerny temat) i bezstronnością, na wyróżnienie zasługują także

a) ujęcie socjo-gospodarcze, a zwłaszcza analiza przemian społecznych po II wojnie światowej z latami 90. włącznie, Czytaj dalej „A. Gordon „Nowożytna historia Japonii””