Miki Sakamoto „W cieniu kwitnących wiśni”

To takie książki jednak wciąż się pisze?! Pisząc „takie”, mam na myśli chronologiczne relacje życia osoby X na tle dziejów. Bez udziwnień, seksu i przemocy? Nawet bez perypetii, wskazujących na to, że ta jedna osoba miała wyjątkowego pecha i dotknęły jej wszelkie możliwe plagi? Co za zaskoczenie. I to miłe, bo dopiero jak się na taki przypadek trafi, to sobie człowiek uświadamia, jak bardzo można być umęczonym wszystkimi eksperymentami fabularno-stylistycznymi i dialogami godnymi „wujka Staszka mistrza ciętej riposty”, gdzie błyskotliwe wypowiedzi padają jedna za drugą, by jeszcze bardziej szczątkowy realizm pognębić.

Sakamoto w tytule „W cieniu kwitnących wiśni” nawiązuje do przemijalności. Bowiem rzeczone kwiaty słyną z tego, że ich kwitnienie, choć piękne, trwa bardzo krótko. Przy czym w tym przypadku nie chodzi może o uwypuklenie śmiertelności, choć i ten motyw się w treści przewija, a bardziej o szybkość upływu czasu i zmienność losu. Do tego, o tyle o ile moja kulawa niemiecczyzna pozwala mi zrozumieć tytuł oryginalny („Die Kirschblütenreise oder wie meine Groβmutter Nao den Wandel der Zeit erlebnte”) jego druga część znaczy tyle co „o tym jak moja babka Nao przeżyła zmienne koleje losu”, czyli tłumacz z sobie tylko znanych powodów oszczędził polskiemu czytelnikowi wyłożenia kawy na ławę. Cóż, osobiście uważam, że to przemilczenie ma swój urok, ale z kolei to oryginalny tytuł lepiej oddaje tematykę książki. Czytaj dalej „Miki Sakamoto „W cieniu kwitnących wiśni””

Peter Fröber Idling „Uśmiech Pol Pota”

Można odnaleźć podobieństwa między tamtym czasem a teraz. Ale wyraźna różnica jest taka, że dzisiaj brakuje wiary w sensowność politycznej opozycji. Brak też wybitnych intelektualistów, który byliby w stanie pokierować oporem.

Dzisiejsi młodzi to dzieci tych, którym udało się przeżyć […], bo zgięli kark, trzymali język za zębami i pilnowali swojego.*

Wygląda znajomo? O czymkolwiek sobie pomyślałeś, reportaż Idlinga dotyczy Kambodży. Dopiero w szerszym kontekście nawiązuje do wszystkich krajów, które padły ofiarą eksperymentalnych prób zaprowadzenia ustroju komunistycznego. Stalin, Kim Ir Sen, Pol pot… co za różnica? Wszyscy oni są winni masowych zbrodni popełnionych na swoich własnych narodach.

Przy czym, mam niejasne przeczucie, że w kraju, gdzie większość naukę historii kończy na II wojnie światowej, i to jak dobrze pójdzie, nazwisko Pol Pota czy nazwa Czerwonych Khmerów, nie kojarzy się absolutnie z niczym. Mylę się? Daj boże. Jeśli jednak nie, polecam „Uśmiech Pol Pota” jako lekturę obowiązkową wszystkim tym, którzy o takowym panie słyszą po raz pierwszy w życiu. Dla czytelników, którzy jednak orientują się w temacie, również nie będzie stratą czasu. Z wielu powodów. Czytaj dalej „Peter Fröber Idling „Uśmiech Pol Pota””

Kiedy elektryczność była bogiem: S. Arutjunow, G. Swietłow „Starzy i nowi bogowie Japonii”

Tytuł książki może być mylący: nie mamy do czynienia z kolejnym opracowaniem mitologii japońskiej, choć o bogach też jest mowa. Arutjunow i Swietłow skupiają się na historii różnych (a jest ich sporo) religii, które pojawiły się w Japonii od początku jej istnienia do czasów powojennych. Jest to też historia religijności Japończyków, ich podejścia do sacrum i związku tej sfery życia z polityką.

Mimo skromnych gabarytów (150 stron), poruszona tematyka jest bardzo różnorodna i podana w przystępny sposób (z pewnymi wyjątkami, o czym poniżej). Ujęcie chronologiczne ułatwia zrozumienie związków między rdzenną religią Japonii a nurtami, które pojawiły się później i z poprzednich czerpały. Zaczynamy więc podróż, jak w większości dzieł traktujących o religii archipelagu, w momencie stworzenia wysp przez demiurgów Izanami i Izanagi, po drodze poznając buddyzm, jego historię na ziemiach japońskich i różne jego odłamy jak shingon, tendai, czy nichirenizm. Czytaj dalej „Kiedy elektryczność była bogiem: S. Arutjunow, G. Swietłow „Starzy i nowi bogowie Japonii””

Znowu atak eko-oszołomów?! „Carskie źródło” Kir Bułyczow

Jakoś tak się złożyło, że w swoich wrednych i niesprawiedliwych uprzedzeniach zakładam, że cuda, wianki, dzikie węże w literaturze niewiele wnoszą w moje życie. A pod takim szyldem, zaszufladkowałam sobie prywatnie całą fantastykę i science-fiction. Bynajmniej nie twierdzę, że te gatunki nie mają w sobie pewnego magnetyzmu, przyciągającego zwłaszcza czytelnika spragnionego eskapizmu. Stąd też jeśli już tknę się czegoś podpadającego pod kategorię fantastyki, to zazwyczaj są to dobre fabularnie czytadła. Mają tę niedającą się ukryć zaletę, że zazwyczaj nie nudzą. A i stylizacja językowa bywa urocza i, nie wiem dlaczego, myślę tu o wszędobylskim „chędożeniu”  Sapkowskiego.  W związku z powyższym, nie dorabiając do tego żadnej ideologii, czasem losowo sięgam po tego rodzaju rozrywkę. Co bądź się nada, nie ma co kaprysić. Co się nawinie, to przeczytam.

Tako i spotkanie z „Carskim źródłem” Kira Bułyczowa to przypadkowy owoc mojego okresowego marudzenia pod tytułem „E, niech mi ktoś przyniesie coś do czytania (bo przecież książki zalegające na półce nie uciekną)”. Pewna dobra dusza ulitowała się nad moją potrzebą lub też miała po prostu dość słuchania mojego jęczenia. W każdym razie towar dostarczono. Po oględnym zmacaniu i obwąchaniu pozycji, rzuciłam okiem na tył okładki. Z krótkiej reklamy wyfiltrowawszy parę wyrazów, zachowałam się jak na byt nieobeznany w dziedzinie przystało: Czytaj dalej „Znowu atak eko-oszołomów?! „Carskie źródło” Kir Bułyczow”

Pogańska ziemia zbrodniarzy, bałwochwalców i sodomitów. [1]

O „Chmarze wróbli” Takashiego Matsuoki

Każda nadzieja, duża czy mała, w istocie jest tylko złudą. [2]

Aby powyższej Obrazekmądrości stało się zadość, na wstępie pozbawmy się złudzeń: po pierwsze zaznaczam, że Takashi Matsuoka (ur. 1947) jest pisarzem amerykańskim japońskiego pochodzenia. Stoi to jak byk napisane na skrzydełkach książki, ale na wszelki wypadek, jeśli ktoś, kierując się nazwiskiem, połakomiłby się na japońską prozę, lepiej niech odejdzie w pokoju.

Drugie sprostowanie dotyczy mylącej promocji książki: zarówno w tekście polecającym na okładce, jak i w sieci, nagminnie przewija się porównanie do Clavella, które niestety nie znajduje poparcia w rzeczywistości. Owszem, „Chmara” to niezła powieść, ale zdecydowanie niższych lotów…

Zjemy razem zupę, chwaląc Pana naszego. [3]

Powieść jest na wskroś amerykańska: mimo że miejscem akcji jest XIX-wieczne Edo, nie oznacza to, że będziemy pozbawieni przyjemności podziwiania purytańskich misjonarzy, biegających po pastwiskach kowbojów, burdeli i dzikiego zachodu. Wszak żyjemy w erze globalizacji i sama Japonia, w jednym z najbardziej burzliwych momentów w historii tego kraju, byłaby zapewne nudna. Czytaj dalej „Pogańska ziemia zbrodniarzy, bałwochwalców i sodomitów. [1]”

O tym jak Siaczex postanowił popracować nad swoim analfabetyzmem

Podejrzewam, że w życiu większości moli książkowych następuje chwila, kiedy konsumpcja książek przestaje wystarczać.

Oczywiście mogę się mylić. Może mi się rzuciły na mózg jakieś pasożyty, które kierują moim zachowaniem. Rzeczone larwy, podpowiadają mi, że przez parę ostatnich lat moje słownictwo zubożało. Prawdopodobnie jest to skutek nie używania nowo poznanych słów. Aby temu zaradzić, potrzebny jest systematyczny trening.

To by było na tyle, jeśli chodzi o motywację.

Będę więc tu, korzystając z dobrodziejstw sieci, która każdy jad przyjmie, jeździć sobie po książkach walcem wyimaginowanym.

Pasożyty stawiają na różnorodność, będzie więc o literaturze klasycznej, współczesnej, popularnonaukowej, a w końcu trochę przekładu. Bo co mam sobie żałować.