Smrodek

wrslaCzuję się jak po lekturze „Pudelka”, z tym że historycznego. Jest (niestety) coś pociągającego w takich plotkarskich opowieściach pozwalających nam zajrzeć do buduarów postaci mniej lub bardziej znanych. Dotyczy to także tych już dawno martwych i rozłożonych: śmiem tuszyć, że publikacja E. Watały znajdzie szerszą publiczność niż rzetelne opracowania historyczne, a to dlatego że temat poruszany dotyczy związków, romansów, zdrad i afer. To się sprzedaje. Im więcej krwi, moczu i spermy, tym lepiej. A tym właśnie „Cuchnący Wersal” epatuje, nawiązując w tytule właśnie do specyficznego zapaszku wyżej wymienionych wydzielin. Ponieważ książka kładzie zdecydowany nacisk na sensację, można by odnieść mylne wrażenie, że wersalskie życie było niesamowicie wynaturzone. Wynika to jednak z formuły przyjętej przez autorkę: skupianie się na (faktycznie występujących) przypadkach wybitnie dziwacznych, a pomijanie szarej masy dworzan, o których książka mogłaby zanudzić czytelnika na śmierć. Tak podany opis francuskiego dworu jest co prawda interesujący, miejscami zabawny lub bulwersujący, ale de facto daleki od rzeczywistości. Mniej tam było skandali i dziwacznych zachowań, niż moglibyśmy sobie wyobrażać po lekturze, a więcej nudy i sztywnej etykiety. Krótko mówiąc, „Cuchnący Wersal” to interesująca ciekawostka, którą jednak należy traktować z przymrużeniem oka i rezerwą, gdyż zasadność niektórych stwierdzeń jest wielce wątpliwa, co niestety czasem trudno zweryfikować (mimo bibliografii, brak nawet odnośników do tekstów źródłowych w przypadku cytatów). Owszem, lwia część opiera się na tekstach źródłowych, część jednak na niepotwierdzonych informacjach z drugiej ręki (słynne „Nie mają chleba, niech jedzą ciastka”, które autorka cytuje jako fakt, mimo że należy tę anegdotę traktować jako pomówienie). Część natomiast to tezy, które bardzo łatwo obalić, jak np. insynuację, zaserwowaną już na wstępie, że Wersal aż do dziś nie wywietrzał (byłam – nie śmierdzi).

#TLDR: Nie wiem właściwie dlaczego ja to przeczytałam.


Elwira Watała  „Cuchnący Wersal”, Videograf, Chorzów, 2013

Reklamy

Nicholas Thomas „Odkrycia. Podróże kapitana Cooka”. I ogólnie o historii.

odkryciaMam coś nie tak z głową. W zasadzie to się profesjonalnie nazywa dysonansem poznawczym, ale, jako że podążam ścieżką obcesowego buractwa, wolę określić to bardziej kolokwialnie. Problem polega na tym, że z chęcią wciskałabym „Odkrycia” każdemu, osobiście uważając podróże kapitana Cooka za temat niezwykle interesujący i fascynujący. Jednak cały czas jestem świadoma niszowości tematyki. Czy mam więc prawo zachwalać sześciusetstronicowe tomiszcze wiedząc, że tak naprawdę, mimo skrupulatnego opracowania źródeł historycznych, będzie ono dla niezainteresowanych najzwyczajniej w świecie nudne? Co prawda ja dziko się cieszę z samego faktu dowiedzenia się o istnieniu instytucji kota okrętowego, czy też ze ździebko upiornej opowieści o przehandlowaniu ludzkiej głowy za „parę starych kalesonów z bielutkiego płótna”*, ale opis wieloletnich podróży Cooka nie składa się z samych takich anegdotek, a opowieść o próbach wprowadzania hodowli bydła w Polinezji zapewne nie wywoła zbiorowej histerii czytelników. Mylę się? Czytaj dalej „Nicholas Thomas „Odkrycia. Podróże kapitana Cooka”. I ogólnie o historii.”

Buddy Levy „Rzeka ciemności”

rzeka ciemnosciSpływ F. Orellany Amazonką to jedna z najbardziej wyjątkowych ekspedycji w historii konkwisty. Wie o tym każdy, kto wystarczająco dobrze orientuje się w temacie, choć zapewne szerszej publice nazwisko tego człeka niewiele mówi. A wszystko zaczęło się jak zawsze: od poszukiwania złota i mitycznego El Dorado. Za unikatową w skali światowej i wyjątkową na tle reszty poczynań konkwistadorów ekspedycją odkrywczą, kryła się więc żądza zysku. To smutne. Ale czy kogoś to dziwi? Wszyscy Europejczycy, którzy w ówczesnym okresie znaleźli się w Ameryce Południowej, przybyli tam przecież w celu zdobycia bogactw, ewentualnie zaspokojenia swoich ambicji i żądzy władzy (tu bracia Pizarrowie wiedli prym). Plaga niepiśmiennych pastuchów z Estremadury, w większości skoligaconych, albo przynajmniej należących do tego samego towarzystwa wzajemnej adoracji zalała nowy świat. Czegóż mamy od nich oczekiwać? Zachwytów nad pięknem przyrody? Nieinwazyjnych ekspedycji badawczych? Nie, no przecież oczywiście że rzezi i grabieży. No chyba, że coś pójdzie nie tak i zamiast łupić, gwałcić i mordować trzeba będzie walczyć o przeżycie. Czytaj dalej „Buddy Levy „Rzeka ciemności””

Susan Cain „Ciszej proszę: siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać”

ciszej-prosze
Podbija serca już w 24 krajach. Czasami myślę sobie, że autorzy kretyńskich blurbów powinni podlegać karze chłosty.

„Ciszej proszę” powinno być lekturą obowiązkową każdego ekstrawertyka. Introwertykom też się przyda, bo może, tak jak ja, całe życie spędzili w niewiedzy. W każdym razie świat byłby o wiele przyjaźniejszy dla sporej grupy społecznej (szacowana liczba introwertyków w Stanach Zjednoczonych waha się między 30% a 50% ogółu obywateli), gdyby ludzie bardziej rozumieli czym introwersja jest i, o ile znajdują się o po drugiej stronie barykady, przestali potępiać niezrozumiałe dla nich zachowania.

Ileż to razy słyszałam, że jestem dziwna, nienormalna, dzikiem, czubkiem? Bo nie lubię podróży, nie lubię imprez i dużych zbiorowisk ludzkich, nad hulanki i swawole w sobotni wieczór przedkładam spokojną rozmowę z dobrym znajomym, bądź leżenie z książką w domowym zaciszu. Nie jestem też w stanie zrozumieć skłonności niektórych ludzi do sportów ekstremalnych, choć bardzo się starałam. Skąd u nich ta potrzeba adrenaliny, podczas gdy życie codzienne mnie zapewnia jej aż nadto (te emocje w warzywniaku!)? Dlaczego niektórzy ludzie w obliczu ciszy, starają się czymś ją zapełnić, w ostateczności uciekając się do trajkotania? Przecież cisza jest piękna. Dlaczego przywódcami zostają zawsze krzykacze, choć bardzo często chrzanią jak potłuczeni i bardzo łatwo wytknąć im podstawowe błędy logiczne (o ile dojdzie się do słowa), ale nawet jak ktoś tego dokona, krzykacz i tak, nawet po tym jak głupota jego została obnażona, znajdzie posłuch? Wszystko to, merytorycznie, aczkolwiek z dozą amerykańskiego optymizmu i poufałości wyjaśnia Susan Cain. I, co ważne, powie nam jak sobie z tym radzić. Czytaj dalej „Susan Cain „Ciszej proszę: siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać””

A. Gordon „Nowożytna historia Japonii”

nowożytna-historia-japoniiW zasadzie zamierzałam tę pozycję pominąć milczeniem, tak jak całą resztę lektur służących jedynie pogłębieniu i usystematyzowania wiedzy z zakresu historii Japonii. Jednak, po głębokim namyśle, stwierdziłam, że źle bym się czuła, jeśli nawet paru słów dziełu A Gordona nie poświęcę. Wychodziłoby na to, że jak trzeba się nad książką poznęcać, poskakać po nagrobkach czy pokopać leżącego to jestem pierwszą chętną, a do chwalenia to już nie ma ochotnika.

Więc chwalę. Z czystym sumieniem.

Poza oczywistymi faktami, które wiernych czytelników serii ceramowskiej nie powinny dziwić, czyli poprawnością merytoryczną, dokładnością (maksymalną na jaką można sobie pozwolić w książce poruszającej tak obszerny temat) i bezstronnością, na wyróżnienie zasługują także

a) ujęcie socjo-gospodarcze, a zwłaszcza analiza przemian społecznych po II wojnie światowej z latami 90. włącznie, Czytaj dalej „A. Gordon „Nowożytna historia Japonii””

Holger Dambeck „Im więcej dziur tym mniej sera: Matematyka zdumiewająco prosta”

im-wiecej-dziur-tym-mniej-sera„Matematyka zdumiewająco prosta” – bo czasem trzeba przeczytać coś, co uruchomi dawno uśpione obszary mózgu. O ile nie są martwe albo o ile w ogóle istnieją. Wszak tyle ludzi uchodzi za matematycznie niezdolnych…

Błąd!

Autor dowodzi, że takie twierdzenie jest wyssane z palca, a matematyka jest w każdym z nas i to od niemowlęcia. Dowodzi on bowiem, podpierając się badaniami psychologów, że nawet roczne pacholęta, nie opanowawszy jeszcze mowy potrafią liczyć przynajmniej do czterech, mimo że cyfr nie potrafią jeszcze z siebie wydusić. Ba, nawet potrafią dodawać.  I to nie tylko niemowlęta: rzecz tyczy się również innych naczelnych, szczurów, a nawet pszczół. Co prawda, z tekstu wynika, że zbiory pięcioelementowe to nieprzekraczalna bariera, na której ten wrodzony zmysł matematyczny się, potocznie mówiąc, wykrzacza, ale za to pozostaje nam wciąż wrodzony, intuicyjny zmysł szacowania. Mają go na przykład psy, które zawsze znajdą najkrótszą drogę do patyka do zaaportowania, mamy i my. Podobno. Czytaj dalej „Holger Dambeck „Im więcej dziur tym mniej sera: Matematyka zdumiewająco prosta””

Mój bohater

Baszkiewicz Jan - RichelieuDawno temu, w czasach gdy zaczytywałam się „Trzema Muszkieterami” śniło mi się że goni mnie kardynał Richelieu. Oprawca był tym dumasowskim wydaniem kardynała, tylko trochę bardziej cholerycznym jeszcze, więc pędził za mną na złamanie karku wymachując zamaszyście obnażoną szpadą (proszę nie interpretować tego snu przez pryzmat freudowski – błagam), a ja grzęzłam nieudolnie w ciężkiej sukni i milionie halek, bo sen okazał się na tyle spójny, że i nawet kostium z epoki się dla mnie znalazł. Na szczęście kardynał też został spowolniony przez swoje purpurowe suknie więc zdążyłam się obudzić zanim choleryczny klecha zdążył mnie dogonić. Tym samym nie dowiedziałam się też po co lub dlaczego mnie w ogóle gonił.

No właśnie dlaczego? Przecież zawsze to jemu kibicowałam, a nie żółtodziobowi d’Artagnanowi wymachującemu szabelką bez powodu, przedkładając kardynalski intelekt, intrygi i knowania ponad wszystko. Czytaj dalej „Mój bohater”

Charles C. Mann „1491. Ameryka przed Kolumbem”

1491 Ameryka przed KolumbemWiem, że się będę powtarzać, ale muszę jakoś się sama rozgrzeszyć. Inaczej będzie mi źle. Otóż czasem głupio mi narzekać i złorzeczyć na książki ogólnie zachwalane. Wbrew pozorom, przychodzi mi to z trudem, tym bardziej gdy noszę się z zamiarem nabluzgania na rzecz nagradzaną i tą nagrodą i uznaniem epatującą z okładki, o ile to nie jest coś w rodzaju „Lauru konsumenta miesięcznika Murator”. Ale dla przykładu już taki tekst robi wrażenie:

Książka roku magazynu literackiego „Książki” w 2008 r.

Taka rekomendacja winduje niezmiernie oczekiwania, które spełnione być nie mogą. Możliwe jednak, że stwierdzając iż książka na taki poklask nie zasłużyła, kopię swój grób, obnażając tym samym własną tępotę i ciasnotę umysłu, słowem upośledzenie uniemożliwiające mi ogarnięcie geniuszu dzieła. Czytaj dalej „Charles C. Mann „1491. Ameryka przed Kolumbem””

Marshall C. Eakin „Historia Ameryki Łacińskiej: Zderzenie kultur”

pobraneW przypadku tej konkretnej „Historii Ameryki Łacińskiej” podtytuł „Zderzenie Kultur” jest znaczący i oddaje sedno publikacji, trafnie podsumowując myśl przewodnią autora. Otóż pan Eakin stawia hipotezę, że historia, losy, problemy społeczne i ekonomiczne Ameryki Łacińskiej, krótko mówiąc wszystko, od wyczynu Kolumba aż po XXI w. są wynikiem spotkania trzech kultur.

Trzech, nie dwóch, gdyż oprócz oczywistych twórców historii kontynentu, czyli rdzennych mieszkańców Nowego Świata i Europejczyków, za równie istotny element powinniśmy (według autora) uznać wkład kultury afrykańskiej. To fakt często zapominany (bądź przemilczany) i dobrze się stało, że Eakin dobitnie uświadamia czytelnika o znaczeniu tego nurtu. O skali zjawiska świadczą często przez autora przywoływane statystyki: problemy niewolniczego południa Stanów Zjednoczonych, których skutki odczuwane są do dziś, są powszechnie znane, a przecież ten teren wchłonął tylko 6% całkowitego transferu niewolników w czasie trwania procederu, podczas gdy kolonie w Brazylii aż 45%, Karaiby niewiele mniej. Czytaj dalej „Marshall C. Eakin „Historia Ameryki Łacińskiej: Zderzenie kultur””

Notatka: „Ludzie i bogowie Ameryki Środkowej” Renata Faron-Bartels

ludzie_i_bogowie_ameryki_srodkowej_min_288x400„Ludzie i bogowie…” to niemalże broszurka ( tak zaklasyfikowałam liczącą mniej niż 200 stron książeczkę formatu A5), a mimo to dawka zawartych w niej informacji jest zaskakująco obszerna. Prawdopodobnie już więcej na tak małej przestrzeni upchnąć się nie dało.

Mamy tu wszystko: historię, kulturę, sztukę i mitologię ludów Mezoameryki. Oczywiście w formie skondensowanej, ale bez zarzutu pod względem merytorycznym (nic dziwnego, w końcu publikacja ta została wydana przez Ossolineum).

 Kosztem takiego nagromadzenia maksymalnej ilości faktów jest oczywiście brak miejsca na anegdotki, ozdobniki, wszelkie inne duperele umilające lekturę. Informacja goni informację, Totonakowie gonią Olmeków. Takich publikacji jednak z zasady nie czyta się dla urody języka, a jako merytoryczna podbudowa książka spełnia swoją rolę, zwłaszcza dla laików, zanim się rzucą na przykład na bardzo naukowy i szczegółowy na „Meksyk przed konkwistą” J. Olko.

Renata Faron-Bartels „Ludzie i bogowie Ameryki Środkowej” , Ossolineum, Wrocław, 2009