Notka o „Balzaku i chińskiej krawcównie” Dai Sijie

balzac-i-chinska-krawcownaZ historią opowiedzianą w „Balzaku i chińskiej krawcównie” spotkałam się jako szczyl, zupełnie przypadkiem, gdy szacowne grono pedagogiczne, nie wiedzieć czemu, może w ramach eksperymentu na zwierzętach, postanowiło wysłać grupkę pryszczatych nastolatków do kina akurat na ten film. Z perspektywy czasu ośmielam się twierdzić, że produkcja ta, choć dość przyjemna w odbiorze i momentami zachwycająca nawet dla niewyżytych licealistów (najlepszym dowodem na wrażenie jakie film pozostawia jest fakt, że przeszło 15 lat później dość dobrze go pamiętam, a zazwyczaj mam sklerozę), porusza jednak kwestie zbyt poważne by młody żółtodziób ogarnął je swym małym rozumkiem.

Co prawda fabularnie i językowo historia jest dość prosta: to opowieść o dojrzewaniu uczuciowym dwóch nastolatków skazanych na reedukację w czasie rewolucji kulturalnej w CHRL. Autor troskliwie prowadzi czytelnika za rączkę, wyjaśniając też pobieżnie, czym ówczesne czasy były i skąd wzięły się problemy bohaterów. Na tym poziomie historia jest prosta. Trudniejszą częścią jest zrozumienie motywacji bohaterów (zwłaszcza tytułowej krawcówny), które nie są przedstawione w tekście wprost, a wyczytanie ich między wierszami, wyłuszczenie subtelności, wymaga już trochę wysiłku.

Z niekłamaną przyjemności wróciłam po latach do książkowej wersji, odnajdując w niej, w przeciwieństwie do młodzieńczego, powierzchownego zauroczenia zaskakująco (jak na tak prostą historię) głębokie przesłanie.


Dai Sijie „Balzac i chińska krawcówna”, przeł. Maria Braunstein, MUZA, Warszawa, 2001

Reklamy

Mo Yan „Kraina wódki”

kraina-wodkiSkończywszy lekturę „Krainy Wódki” po wielu perypetiach, stwierdzam obelżywie, że bardziej frapująca niż jej treść, była sama historia mojego obcowania z tym czymś. Wiem, że brzmi to niejasno, toteż już śpieszę z wyjaśnieniami.

Z „Wódką” zaczęłam zapoznawać się pewnego mroźnego lutowego dnia w 2013 roku. To znaczy, wtedy sięgnęłam po książkę i radośnie zapakowałam do torebki, by móc obcować z nią w tramwaju. Szybko zorientowałam się, że to był potworny błąd. Dzieło torebkowe ma charakteryzować się lekkością zarówno dosłowną jak i metaforyczną, gdyż wybrzuszone szyny oraz karkołomny pęd (czasem zdarza się i więcej niż 20km/h) motorniczego, wprawiający ostatni wagon w uprzykrzające lekturę turbulencje, nie sprzyjają skupianiu się na głębi treści, ani zapamiętywaniu przeczytanego tekstu. Brnęłam jednak uparcie, po parę stron dziennie, nie odczuwając przy tym specjalnie głębszych emocji poza znudzeniem. Czasem mnie też mdliło, ale przyczyną mógł być tramwaj a nie „Wódka”. Kto wie. Czytaj dalej „Mo Yan „Kraina wódki””

Guo Xiaolu „20 odsłon zachłannej młodości” czyli o tym, jak okazałam się być zbyt stara, by zrozumieć młodzieńcze ambicje.

okladka-200„20 odsłon zachłannej młodości” to zlepek scen z życia młodej Chinki, która za wszelką cenę pragnie się wyrwać z wiejskiego marazmu. Nie jest to odkrywczy temat: topos parweniusza pragnącego osiągnąć coś w życiu, przybywając do stolicy, jest wyświechtany z każdej strony. Ale w zamian, ma on tyle możliwych wariantów, że z dobrze poprowadzoną narracją i odpowiednią kreacją psychologiczną bohaterów może być wciąż pouczającą lub, przynajmniej, interesującą lekturą. Czy tak jest w przypadku książki Guo Xiaolu?

Cóż, nie owijając w bawełnę: nie! Ale nie będę się nad nią z tego powodu znęcać, bo sama autorka, pracując nad przekładem, wytyka w posłowiu najistotniejszą wadę książki:

[…] nie byłam już zadowolona z oryginalnego chińskiego tekstu. Starsza o dziesięć lat nie zgadzałam się z młodą dziewczyną, która go popełniła.  Podobnie jak sam Pekin i całe Chiny, zmieniło się też jej spojrzenie na świat. Najchętniej przeredagowałabym każde zdanie mojej chińskiej opowieści, by zatrzeć niedojrzałość młodej autorki, która tak niewiele wiedziała o świecie. Chciałam, żeby Fenfang, bohaterka książki, w dalszym ciągu z takim samozaparciem starała się do czegoś w życiu dojść, ale żeby jednocześnie wydoroślała.* Czytaj dalej „Guo Xiaolu „20 odsłon zachłannej młodości” czyli o tym, jak okazałam się być zbyt stara, by zrozumieć młodzieńcze ambicje.”

Wstrętna i płytka opinia o „Pekińskiej komie” Ma Jiana

Jakbym chciała podsumować bardzo krótko ostatnią lekturę, to pierwsze zdanie, jakie przychodzi na myśl brzmi: „Pekińska koma” – książka, z którą walcz

Obrazek
Większej nie było.

Jakbym chciała podsumować bardzo krótko ostatnią lekturę, to pierwsze zdanie, jakie przychodzi na myśl brzmi: „Pekińska koma” – książka, z którą walczyłam miesiąc. Niestety, wyrażenie to w żaden sposób nie oddaje czytelniczych wrażeń, a wręcz zaciemnia obraz, bo można odnieść wrażenie, że książka jest męcząca. Co niekoniecznie musi być prawdą, choć temat jest ważki (protesty na placu Tienanmen w 1989 roku) i mimo faktu, że to ciężka cegła (700 stron). Podejrzewam, że z tego powodu sięgną po nią tylko osoby mniej lub bardziej zainteresowane tematem.  Ci, którzy szukają lekkiej i zabawnej rozrywki, prawdopodobnie na nią nie trafią, a jeśli im się napatoczy jakimś cudem, odradzam lekturę.

Nie wiem, jak ująć poważną treść „Pekińskiej komy”, by nie powiało banalnością. Powiedzieć, że masakra na Tienanmen jest wciąż żywym świadectwem okropności totalitarnego ustroju, że pokazuje życie normalnych obywateli w nienormalnej sytuacji, że to bezkompromisowe potępienie nieludzkiej władzy i pochwała indywidualnego bohaterstwa? Wszystkie te etykietki upraszczają i trywializują treść dzieła bardzo złożonego, a przy tym śmiertelnie poważnego. Nawet przy bardzo złej woli mojego szyderczego ja, przez 700 stron nie znalazłam nic do obśmiania. Niebywałe. Czytaj dalej „Wstrętna i płytka opinia o „Pekińskiej komie” Ma Jiana”