„13 pięter” F. Springer

13pieterŚwiat zwariował. Albo ja zwariowałam. Nie wiem, która wersja jest poprawna. Bardzo możliwe, że obie. Mimo że mam uzasadnione podejrzenia, że jednak coś z moim postrzeganiem rzeczywistości jest  nie tak, to miło od czasu do czasu przeczytać tekst, który jednak pozwala mi się choćby chwilowo pocieszyć, że mój rzekomo bezzasadny opór nie był pozbawiony podstaw. Takim miodem na moje skołatane serce była lektura „13 pięter”, choć w zasadzie temat do relaksujących nie należy, i nie raz, i nie dwa w czasie lektury ma się ochotę przekląć polskie realia, a tym bardziej ludzi, którzy od przeszło wieku je tworzą. No chyba że ma się protestanckie podejście do ekonomii połączone z całkowitym wyzuciem z empatii: wtedy, „13 pięter” może się jawić jako tekst wybitnie nie na miejscu, wręcz brednie, a nawet wywrotowy manifest. Bo jakże to tak twierdzić, że każdy ma prawo do dachu nad głową? Bez kredytu?! Bez?! Naprawdę?!

Springer, bez bolszewickiego zacięcia, ale metodycznie i z zaangażowaniem bada problem mieszkalnictwa. Polski problem, dodajmy, gdyż, jak dowodzi autor, podpierając się statystykami, sytuacja na zachodzie wygląda zupełnie inaczej, wbrew temu co daliśmy sobie wmówić. Otóż w cywilizowanych krajach zachodu dużo większa część społeczeństwa mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. Dlaczego u nas jest inaczej? Bo w Polsce praktycznie nie istnieje rynek mieszkań na wynajmem. Znowuż, dlaczego? Przyczyn jest wiele, a mocną stroną analizy Springera jest przede wszystkim to, że obejmuje problem w całej jego złożoności, opierając się zarówno na indywidualnych świadectwach, na statystykach jak i na historycznych źródłach.

To książka ważna. Jedna z tych, w których na początku lektury zaznaczam wiele fragmentów ku pamięci, po czym orientuję się, że to bez sensu bo właściwie powinno się podkreślić całą treść. Springer werbalizuje bowiem ważne, a pomijane do tej pory kwestie. Nie pyta, czy lepszy kredyt we frankach (choć przypomina złośliwie wypowiedzi ekonomistów wmawiających ludziom, że są one bezpieczne) czy w złotówkach. Pytanie Springera brzmi dlaczego w ogóle Ci ludzie, pracujący, nie będący marginesem społecznym, znaleźli się w sytuacji zmuszającej ich do zaciągnięcia takiego obciążenia. I dlaczego tak łatwo pogodzili się z losem? Mało tego, wskutek uwarunkowań historycznych i propagandy mediów dali sobie wmówić, że to normalne i wręcz wskazane.  Dach nad głową, coś co jest de facto zaspokojeniem podstawowej potrzeby, stał się osiągnięciem, a kredyt na karku wyznacznikiem dojrzałości. Zjawisko to widoczne jest zarówno w mniej lub bardziej brukowych mediach jak i w kontaktach międzyludzkich:

Portal eDziecko.pl rzuca wyzwanie: „Czy jesteś już dorosły? Tak, jeśli spełniasz poniższe kryteria… Sprawdź się!”. Dalej jest lista pięćdziesięciu dowodów na prawdziwą dorosłość. Zamyka ją posiadanie odświętnych i codziennych ręczników, otwiera kredyt hipoteczny.

I dalej:

Jedna znajoma, z kredytem i domkiem pod Poznaniem, zerwała ze mną kontakt. Któregoś dnia powiedziała mi wprost, że nie może się już ze mną kolegować, bo kompletnie nie akceptuję systemu wartości, w który ona wierzy. Jak ją zapytałam, o jakie wartości jej chodzi, to powiedziała, że o kredyt. Że to jest pewne życiowe wyzwanie, któremu ja nie chcę stawić czoła.

Kredyt jako część systemu wartości. Absurd, którego jednak z jakichś przyczyn wielu nie dostrzega. A niby jak mieliby sobie z tego zdawać sprawę, skoro przykład idzie z góry, a ustawodawcy wpływający na kształt naszej rzeczywistość kuriozalnie utożsamiają wolność z własnością?

Cieszę się, że miałem taką okazję, choć wiem, że budziłem kontrowersje. Zwłaszcza to moje przywiązanie do prawa własności, które tak w swojej pracy forsowałem. Ja to prawo rozumiem jako wyzwolenie się obywateli z upokarzającej zależności mieszkaniowej poprzez aktywność ekonomiczną. – Czyli, że każdy musi na swoje mieszkanie po prostu zarobić? – Tak, głęboko wierzę, że w tym tkwi wartość. A własność, do jakiej się w wyniku tego dochodzi, jest gwarancją pełnej osobistej wolności. Własność to jest, proszę pana, wolność. Polacy, wbrew temu co się twierdzi, ciągle nie są pewni wolności, a możliwość posiadania mieszkania w nich to poczucie umacnia. To jest proces społeczny. Dając możliwość kupowania mieszkań, naprawiliśmy błędy poprzednich epok.

A co z tymi, którzy zarabiają zbyt mało, by na tę własność i wolność zarobić? A pracują równie ciężko, jeśli nie ciężej niż inni? – Ich sytuacja będzie się zmieniać, bo ich zarobki będą rosły. Ta grupa nie jest już tak duża, jak była w latach dziewięćdziesiątych.

Można za ten paranoidalny stan umysłu obwiniać czasy PRL, które zaowocowały pewną alergią na wszystko co państwowe. Ja jednak doszukiwałabym się w tym skandalicznego braku głębszego zastanowienia nad własną hierarchią wartości. Mieć wygrało z być. Przecież głównym argumentem apologetów kredytów jest „bo jak spłacisz, to będziesz mieć”. Niestety, ci piewcy własności rzadko są w stanie udzielić odpowiedzi na oczywiste pytanie „mieć i co dalej”? Co mi to „miecie” przyniesie? Pytania niezrozumiałe dla tych, którzy z posiadania zrobili cel sam w sobie, najczęściej podświadomie i wskutek właśnie propagandy utożsamiającej majątek czy to z dorosłością, czy też z wolnością.

Wpędzono nas w ślepy zaułek, ale nawet tego nie dostrzegamy, tak bardzo pogodziliśmy się z losem. Jak barany na rzeź. Reportaż Springera problem nagłaśnia i uzmysławia jego ogrom wskazując jednocześnie, jak głęboko należy szukać jego korzeni. Wszak problem mieszkaniowy wystąpił już w dwudziestoleciu międzywojennym i od tego czasu nieprzerwanie trwa. Właściwie – co jest ciekawym, ale zasadnym chwytem retorycznym, autor reportaż zaczyna od opisu historycznej Warszawy, miasta borykającego się z problemem bezdomności i nie wspierającego, a wręcz sabotującego, budowę tanich mieszkań dla biedniejszych warstw społeczeństwa. Można by tu się czepiać, że paralela jest naciągana, bo przecież jakby nie patrzeć, wydaje się, że obecnie nie jest aż tak źle. Tyle że liczby mówią co innego. W temacie koloni domków dla biedniejszych warstw społecznych budowanych w latach 30. XX wieku liczby dają do myślenia:

Nawet najbardziej oszczędne obliczenia wykazują, że koszt zakupu takiego domku wynosi około pięćdziesięciu miesięcznych pensji niżej postawionego urzędnika.

A teraz pytanie: ile obecnie miesięcznych pensji niżej postawionego urzędnika kosztuje zakup małego domku? A przecież ponoć teraz wcale nie jest tak źle. No ale jak już kupi i spłaci (jak nie umrze do tego czasu), to przecież niżej postawiony urzędnik będzie miał…


F. Springer „13 pięter”, Czarne, Wołowiec, 2015. Nie będzie odnośników do stron bo czytam e-booka.

Reklamy

4 thoughts on “„13 pięter” F. Springer”

  1. Niedługo się poprawi, bo rząd zniósł wreszcie minimalne limity wielkości w budownictwie i będzie można budować mieszkania z pokojami mniejszymi, niż 16 metrów kw. Taką, dajmy na to 10 metrową kawalerkę, to byś chyba spłaciła dość szybko? A gdybyś wybrała „być” zamiast „mieć”, to przy wynajmowaniu lokalu o takiej powierzchni więcej by ci zostało na bycie 😀

    1. Jakieś 120 miesięcy. Tj. tą kawalerkę 10m 😀 Śmieję się przez łzy. Rozumiem, że jeszcze tego Springera nie czytałeś, bo ciągle u Ciebie wisi w dziale przygarnę?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s