S. Larsson „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. I zwały <3

Przez ostatnie dni roku wybrzeże Norlandii zasypały niesamowite ilości śniegu i sądząc po zwałach wzdłuż poboczy i tu i ówdzie utworzonych zwałach, służby drogowe pracowały w Hedestad na pełnych obrotach.*

Zwały i zwały  ❤ Może jeszcze trochę zwałów? Ładnie proszę.

Jak z materiału na trzysta stron, zrobić dwa razy dłuższą powieść? Szkopuł tkwi w szczegółach. Można mnożyć zwały, jak powyżej (choć to zapewne wina tłumacza czy tam korekty), albo uciec się do szczegółowych opisów czynności bohatera, rozwlekłością zawstydzając autorkę „Nad Niemnem”:

Wysiadł przy dworcu kolejowym i zrobił rundę po centrum miasta. Kupił wysokie zimowe buty, dwie pary kalesonów, kilka koszul flanelowych, porządną zimową kurtkę, grubą czapkę i ocieplane rękawiczki. […] Ze sklepu papierniczego wyszedł z zeszytami i przyborami do pisania. Kupił też torbę sportową, do której schował sprawunki. […] Ostatni podbój zrobił u optyka, gdzie zamówił nowe soczewki i kupił płyn do nich.

Przez chwilę miałam nadzieję, że ta lista czemuś służy. W końcu w wielu kryminałach tak jest, że banalny szczegół okazuje się być znaczącą poszlaką. Ale nie! Ta lista zakupów nie zawiera niczego takiego, ani nawet nie ma znaczenia dla dalszej akcji. Nikt nikogo nie będzie dusił kalesonami, chłostał flanelą, polewał płynem do soczewek, nikt nie wbije ofierze ołówka w oko, ani nikt nie będzie upychał zwłok do torby sportowej. Nuda, jak w czeskim filmie. Jak żyć?

Co prawda takie szczególiki w kryminałach są często zwykłym kamuflażem, sztucznym tłokiem w którym skrywają się elementy ważne, na podstawie których czytelnik może sam próbować rozwiązać zagadkę, ale ma to jedynie zastosowanie w tym rzadko obecnie spotykanym typie kryminału, gdzie faktycznie czytelnik ma dostęp do wszystkich danych pozwalających mu się wcielić w rolę Sherlocka. Taki rodzaj kryminału jest jednak i trudniejszy do skonstruowania i niesie w sobie pewne ryzyko: małostkowy czytelnik, któremu nie uda się rozwikłać zagadki, może się obrazić, stwierdziwszy, że rozwiązanie jest nielogiczne, bo jakby było sensowne, to przecież sam by na nie wpadł. Zdecydowanie bezpieczniejszą formą jest kryminał, gdzie nie ma innej możliwości wnikania w sprawę niż podążanie za tokiem myślowym detektywa, czy kogoś kto tam akurat się zajmuje sprawą, odkrywającego kolejno coraz to nowsze elementy układanki. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (Dłuższego tytułu się nie dało?) zaliczają się do tego drugiego nurtu, toteż wyżej wymienione kalesony i flanele nie mają znaczenia. Co za przykrość.

Wygląda jednak na to, że taki styl się ludziom podoba. Może ta szczegółowość opisu sprawia, że treść wydaje się bardziej realistyczna, bliższa codzienności czytelnika? W każdym razie z powodzeniem równoważy nienaturalny natłok dziwacznych charakterów. Otóż bohaterowie „Millenium” to banda, nie bójmy się tego słowa, patoli. Dorosły mężczyzna, wyzuty z umiejętności tworzenia trwałych związków, młódka z zespołem Aspergera, alkoholik, starzec z obsesją i oczywiście psychopatyczny sadysta. Ludzie to lubią: chleba i igrzysk! I gwałtów analnych. Niewątpliwie w recenzjach pojawiało się w tym temacie hasło „pełnokrwiste postacie”, którego osobiście nie stosuję, bo żadnego sensu i konkretów ono nie wnosi. W każdym razie zagęszczenie osobników wyróżniających się cechami nietypowanymi, nieprzystających do szarej masy, jest nienaturalnie wysokie, a gdyby nie przejawiały one jeszcze cech ludzkich jak chodzenie na zakupy (po kalesony, a jakże), książka byłaby mocno oderwana od rzeczywistości. A to kryminałom nie służy.

Gwoli sprawiedliwości, oczywiście muszę przyznać, że „Mężczyźni…” to pozycja świetna w swojej klasie, to znaczy w gatunku literatury czysto rozrywkowej. Po taką przecież też sięgam, aczkolwiek ubolewam nad faktem, że praktycznie tylko takie pisma znajdują masowego odbiorcę: pozycje, których lektura, nie wnosi żadnej wartości, bo przecież stwierdzenie, że na świecie hasają niebezpieczni szowiniści jest przysłowiowym „odkryciem Ameryki”. Ale przecież nie wszyscy muszą lubić książki, z którymi trzeba się pomęczyć.


* Stieg Larsson, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, przeł. Beata Walczak-Larsson, Czarna Owca, Warszawa, 2009, str. 147

** Tamże, str. 161

Advertisements

4 thoughts on “S. Larsson „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. I zwały <3”

  1. Tak, jakby męczenie się przy lekturze było jakąś wartością – dodatkową, czy może główną.
    Trzy tomy Larssona przeczytałem z prawdziwą przyjemnością, nie zauważając ani nagromadzenia zwałów ani nadmiernie szczegółowych opisów.

    1. Ale to męczenie to metaforycznie było. Że np. nad czymś się zastanowić głębiej, pokombinować, porozgryzać, albo w ostateczności wynieść jakieś refleksje. No. A przyjemność jest w trakcie lektury, no mniej więcej taka jak przy graniu w gry komputerowe, ale nic z tego nie mam na przyszłość. No i tak mnie naszło, że to w sumie przykre.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s