„Błękitny zamek”. Uwaga: zrzędzę.

Uwaga! Potworne spojlery: nie potrafię napisać o tej książce bez, a nie ma to też najmniejszego sensu. W ramach pokuty zjem ciasteczko.


blekitny-zamekNigdy nie wiadomo, kiedy cegła spadnie nam na głowę. To przecież oczywisty banał. A mimo to wielu ludzi, zamiast czerpać z życia garściami, bo przecież ono krótkie jest i nie możemy mieć pewności, czy przypadkiem z hukiem nagle się nie zakończy (np. przez wybuchające znienacka krzesło „made in china”), żyje tak, jakby ich głównym zadaniem było uszczęśliwianie otoczenia, dostosowywanie się do wymagań rodziny, konwenansów, mody czy innych dyrdymałów. Problem jest aktualny i jak najbardziej realny. W tej kwestii niewiele zmieniło się od początku XX wieku, kiedy „Błękitny zamek” powstał.

W zasadzie jest to twór realistyczny, jednak między rzeczywistością powieściową a faktyczną istnieją dwie zasadnicze różnice. Po pierwsze, wielu ludzi nigdy nie zazna takiego momentu olśnienia jak główna bohaterka, nie zauważy swojego marnego losu i przyczyn niezadowolenia z życia aż do końca. A wtedy będzie już za póżno. Amen. Po drugie nawet gdy takie olśnienie nastąpi, nie zawsze mamy siłę, odwagę czy możliwości by istniejący stan rzeczy zmienić, tudzież taka rewolucja wiązała by się z krzywdą innych.

Dlatego „Błękitny zamek”, choć dotyka ważkich i trudnych tematów, jest tylko bajką, owszem zabawną, dobrze napisaną, rozczulającą, lecz tylko bajką (kusi mnie żeby dodać „dla starych panien”). Na pewno niejeden czytelnik skwituje los protagonistki powieści słowem „szczęściara”. Valancy Stirling, lat 29, stara panna, dowiedziawszy się, że jest śmiertelnie chora, uzmysławia sobie, że właściwie całe życie spędziła na dostosowywaniu się do kołtuńskiej rodzinki. Toteż, co przewidywalne, postanawia ostatnie chwile życia przejść tak jak chce, kichając kiedy chce, mówiąc i robiąc to, co chce.

To proza Montgomery, nawet jeśli bohaterka jest dojrzałą kobietą, a nie smarkatą Anią, wiemy że nie należy oczekiwać od tej powieści mroku i zła. Jak łatwo przewidzieć Valancy znajduje swojego księcia, doznaje swoistego rodzaju życiowego spełnienia, a nawet trochę wytresuje rodzinkę. A, oczywiście też, co również było do przewidzenia, diagnoza okazuje się błędna i pożyje dłużej niż rok. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Happy end. Kurtyna.

Nie, po stokroć nie! Życie tak nie działa. Przez ilość szczęścia jakie spada na bohaterkę powieść traci na realizmie i wręcz drażni czytelnika świadomego, że nie może on oczekiwać od życia takiego farta. Szary zjadacz chleba musi zadowolić się swoim błękitnym zamkiem – ułudą, marzeniem, uosobieniem tego wszystkiego czego pragniemy, a mieć nie możemy, światem iluzji, do którego uciekamy, by znieść szarą rzeczywistość. Można też uciec w alkohol (nie polecam).

Jestem potworem. Przez ten brak realizmu i moje defetystyczne spojrzenie na świat nie jestem w stanie wzruszyć się „Błękitnym zamkiem”, a to niesprawiedliwe. Książka wszak jest piękna. Nie kłamał Hebius polecając mi ją jako wzruszającą i zabawną (ta druga zaleta jest bezdyskusyjna). Po prostu ja jestem zbyt starą cyniczną krową by wzruszyć się losem bohaterki. Bywa.


#TLDR: Jestem stara i zgorzkniała.


Lucy Maud Montgomery „Błękitny zamek”, przeł. Joanna Kazimierczyk, Egmont, Warszawa, 2013

Advertisements

7 thoughts on “„Błękitny zamek”. Uwaga: zrzędzę.”

      1. Ok, a tak serio, to rozumiem Twoje zrzędzenie, ale mnie ten przebieg fabuły zupełnie nie przeszkadza. Ba, wręcz odpowiada. I żywię olbrzymi sentyment do tej książki.

    1. Czy ja wiem? Myślę, że jako smarkacz bym w ogóle nie zrozumiała przesłania. Ale chyba przed 20 byłam bardziej sceptyczna niż teraz, ale ja jestem nieobiektywna. I to nie jest tak, że ja nie doceniam „BZ”. Ja myślę, że w głębi duszy po prostu zazdroszczę głównej bohaterce. Bo ja już 30+ i co? Kupa. Myślę więc, że BZ trzeba czytać przed 29. rokiem życia. Wtedy nie ma takich niepożądanych efektów.

  1. jedna z moich ukochanych książek czasów szczenięcych, z tego co pamiętam – swego czasu solidnie opłakana 😉 Mając lat naście identyfikowałam się dość mocno z bohaterką (w starym tłumaczeniu Valancy przechrzczono bodajże na „Joannę”). Rozumiem rozczarowanie drugą połową, bo początek zapowiadał rewelacyjną satyrę społeczną. Druga połowa… cóż, to z założenia miała być chyba baśniowo-harlequinowa opowieść „ku pokrzepieniu serc”. Mam też wrażenie, że jest to taka emocjonalna pseudo-autobiografia Montgomery 😉 Autorka wrzuciła tu wszystko, czego nie wypadało umieszczać w serii o Ani (ciąża pozamałżeńska, „samotne, wyzwolone kobiety”, rodzina jako anty-autorytet itp.). Mimo tego – lubię, nadal.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s