literatura polska

O tym jak M. Wicha skłonił mnie do wspominania dzieciństwa. Między innymi.

 

okladkaJestem brand managerem piegusków – przedstawiła się pani. – Zawsze chciałem panią poznać – zapewniłem.

Nigdy nie zapomnę spojrzenia, którym mnie obrzuciła. Nie chodziło o moją nieuprzejmość. Raczej o bluźnierstwo. Zetempowcy wolnego rynku nie pozwalali uchybiać brandom. Kilka lat wcześniej, w dekadencji PRL, można było drwić z wszystkiego i wszystkich. Nagle przyszedł kapitalizm i wszyscy spoważnieli. Ogłoszono koniec ironii. Ironia był matką odstępstwa. Synonimem wyższości. Wyniosłości. Zarozumialstwa.

M. Wicha ma niezwykły talent do trafnego i treściwego nazywania rzeczy po imieniu, zachowując przy tym pewną poetyckość opisu, cierpki dowcip i zdrową dozę rzeczonej, wyklętej ironii. Toteż mimo mało imponującej objętości „Jak przestałem kochać design” jest bardzo bogatą w spostrzeżenia historią „design’u” w Polsce.

Nie znoszę słowa „design”. Za każdym razem, gdy je widzę przypomina mi się dzień, w którym mój ojciec, oglądając jakiś napuszony program „lifestylowy” w TV Szatan, z malującym się na twarzy skonsternowaniem zapytał: „A co to właściwie znaczy „dizajnerski”?”, a ja nie byłam w stanie mu sensownie odpowiedzieć. Nie można go winić. Przecież w niezrozumieniu terminu nie chodzi o brak znajomości angielskiego, ale o mętną definicję tego potworka językowego.

W zasadzie tłumacząc „design” na miejscowe narzecze powinniśmy użyć pojęcia „wzornictwo”. Choć Wicha, który, w przeciwieństwie do mnie, nie pała odrazą do anglicyzmów, odżegnuje się od tego tłumaczenia. Dla niego „design” i „wzornictwo przemysłowe” to przeciwieństwa. My, jeszcze w czasach w PRL mieliśmy wzornictwo, zgniły, kapitalistyczny zachód – design:

[…]mieli też design. My – wzornictwo. Pomimo wszystkich wysiłków, innowacji, sukcesów, słowo „wzornictwo” przywołuje obraz drewnianych zydelków, glinianej zastawy, przedmiotów z wikliny a także, imponującą pod każdym względem, postać Wandy Telakowskiej. Design pojawiał się tylko na chwilę.

Stare, dobre wzornictwo ucieleśniało tylko połowę tego, co składa się na „design”, stawiając przede wszystkim na użyteczność, pomijając całkowicie aspekt estetyczny. Przecież nie mamy czasu przejmować się urodą filiżanek, podczas gdy jednym naszym zmartwieniem powinna być realizacja planu pięcioletniego, czy innego wymysłu kreatywnej władzy. Design natomiast w założeniu to projektowanie przedmiotów w taki sposób, by były zarazem ładne i funkcjonalne, by dostosowały się do wymagań i niedomagań człowieka, a nie na odwrót. Świetnym przykładem cytowanym przez Wichę, jest takie projektowanie zakrętek leków, by dzieci nie potrafiły ich otworzyć, zamiast zadowolenia się nalepką „trzymać z dala od dzieci”, a niech się już rodzic martwi żeby odpowiednią skrytkę znaleźć.

Właśnie tym był design, przynajmniej w oczach mojego ojca. Światem, który dostosował się do użytkownika. Zamiast wyginać człowiekowi kręgosłup i przyciskać mu głowę do piersi, przestrzegając „Uwaga, niski sufit” (czarno-żółte paski i tabliczka „Pamiętaj o kasku”), design obiecywał tolerancję, a w każdym razie – wyrozumiałość.

Jednak coś poszło nie tak. Jak zwykle. I to nie tylko w Polsce, gdzie można by wynaturzenia designu tłumaczyć zbyt małym doświadczeniem czy zachłyśnięciem się nim po latach szarzyzny. Fenomen objął cały świat. Po pierwsze design zaczął przekształcać obiekty, zmieniając, a czasem zmniejszając ich użyteczność, zawężając możliwości czy wręcz ogłupiając użytkownika. Symptomatycznym przykładem jest tu tragiczna historia klocków lego. Dopóki były to podstawowe moduły, z których przy odrobinie wyobraźni można było zrobić wszystko, nie trzymając się wcale załączonych instrukcji, klocki te były ucieleśnieniem tego, czym powinien być „design”: połączeniem estetycznej formy z użytecznością i uniwersalnością, a jeśli przy okazji doszło stymulowanie kreatywności użytkownika – tym lepiej. Na przykład w czasach dzieciństwa, z Hieronimem Truchło budowaliśmy z tychże klocków „Miry” (na cześć stacji kosmicznej Mir). Zabawa polegała na losowaniu paru garści elementów pudełka i zbudowaniu z nich coś na kształt pojazdu. Szkopuł w tym, że musieliśmy użyć wszystkich wylosowanych klocków, co skutkowało powstaniem dość finezyjnych, asymetrycznych i mało stabilnych konstrukcji. Po ukończeniu dzieła następował turniej: rozpędzone miry (zazwyczaj każdy wylosował jakieś koła więc twory te jeździły) zderzały się czołowo, a wygrywał ten, który przetrwał lub mniej spektakularnie się rozpadł. Hieronim zazwyczaj wygrywał. Pewnie dlatego, że to były jego klocki.

Mniejsza z tym, ważne w tej historii jest to, że ta radosna zabawa nie byłaby możliwa gdybyśmy używali nowszych zestawów klocków, gdzie każdemu elementowi przypisano odpowiednią funkcję i do niej dostosowano jego kształt. Mamy więc klocki rekiny, klocki palmy, klocki motocykle itd. itp., krótko mówiąc prefabrykaty o jedynym słusznym zastosowaniu. Czas modułów, gdzie ten sam klocek mógł być podłogą, ścianą, sufitem czy dziobem Mira, odeszły bezpowrotnie, ze szkodą dla kreatywności. A Wicha podsumowuje to bardzo trafnie:

Tego nie można wybaczyć.

* * *

Zdumiewające, że całą tę historię, ewolucję od zabawki konstrukcyjnej do kolekcji filmowych gadżetów, ponurą opowieść o swojej zdradzie i upadku – firma zamieniła w szczere złoto, wypuszczając w 2014 roku film pod tytułem Lego Przygoda.

Drugim wynaturzeniem „designu”, który miał w zasadzie wpływać na życie codzienne każdego człowieka, ułatwiając je i jednocześnie zdobiąc, jest jego rzekoma elitarność. Przejawiająca się głównie w wysokiej cenie. Gdyż, jak powszechnie wiadomo, za „design” się płaci.

[…] słowo „design” dotyczy wyłącznie produktów wysokiej jakości. Najlepiej od 100 złotych w górę. Reszta, w powszechnym wyobrażeniu, powstała samorodnie. Nikt nie wymyślał kwitków na poczcie. One po prostu są. Nieuchronne jak pogoda. Niezmienne jak klimat. A nawet trwalsze od klimatu, pewniejsze od ustroju, starsze od epoki historycznej.

Dlatego też w pierwszym odruchu, na pytanie onegdaj zadane przez ojca, roześmiałam się i opowiedziałam, że „designerski najczęściej znaczy po prostu drogi”. Bo „design” stał się wartością samą w sobie, którą można wycenić. Znów ze szkodą dla użyteczności.

Przerost formy nad treścią. Wygląd obiektu ważniejszy jest niż jego zastosowanie, a w tym wszystkim zapomina się o użytkowniku. Bo po co tym się przejmować, skoro obiekt spełnia swój cel tj. jest stylowy. Nikt nie poniesie odpowiedzialności za jego bezużyteczność. Już prędzej odpowie za zły wygląd (choć patrząc na wszędobylską pastelozę nawet za to nikt kary nie poniesie).

Brak odpowiedzialności za nieudany „design” to jeden z tematów poruszanych przez Wichę. Teraz już rozumiem dlaczego nikt nie beknął jeszcze (i zapewne nie beknie) za kretyńskie, nowe wiaty przystankowe w Krakowie, zbyt wysokie, zbyt wąskie i z daszkiem tak nachylonym, że przy najmniejszym wietrze nie dają żadnego schronienia przed deszczem.lajkonik

Jest u Wichy sporo, uzasadnionego pesymizmu. „Design” to synonim straconych złudzeń i niespełnionych nadziei na normalność. Zamiast użytecznych, ładnych i tanich obiektów, mamy do wyboru:

  • ładne i bezużyteczne
  • użyteczne i ładne, ale drogie jak cholera
  • użyteczne, ale brzydkie
  • po prostu brzydkie, bo projektant nie miał gustu. Na przykład ta paskudna tapicerka w lajkoniki w kolorze spłowiałego grafitu i świeżych wymiocin w krakowskich tramwajach NGT8.

Przykre jest to, że, tak jak w PRLu byliśmy przyzwyczajeni do bylejakości, tak teraz z braku realnego wyboru musimy żyć z faktem, że przy pozornie tak szerokiej ofercie rynkowej jest ona paradoksalnie zaskakująco ograniczona, a człowiekowi szukającemu akceptowalnej urny na prochy ojca należy współczuć:

Wszystkie modele wyglądały jak skrzyżowanie greckiej wazy i chińskiego termosu. Połyskiwały brokatem. Mieniły się chromem. Były złote, biało-złote, malachitowe i czarne. Miały ozdobne rączki i uchwyty. Niektóre wyglądały jak staroświeckie weki z drucianym zamknięciem. Inne przypominały baryłeczki Kubusia Puchatka. Dominowały tworzywa sztuczne, ale w ofercie nie zabrakło naturalnego kamienia (najwyraźniej i naturze zdarzają się gorsze dni). No i oczywiście krzyże. Wyryte. Namalowane. Przyklejone z boku. Sterczące na górze (jak miniatura Giewontu). Nie mogło oczywiście nie być korony cierniowej, Matki Boskiej w półprofilu i Jezusa Frasobliwego. Biedny ojciec. Bezwyznaniowy Żyd, zupełnie niezainteresowany kwestiami religijnymi, znalazł się poza targetem. Alternatywą był kwiatek – biała lilia lub przekwitła róża. W opinii branży pogrzebowej Polskę zamieszkują dwa rodzaje ludzi: chrześcijanie i przedstawiciele sekty florystów.

solarny franciszek
Solarny Franciszek. Wicha o nim nie pisze, ale pasuje do tego tekstu jak ulał.

Marcin Wicha „Jak przestałem kochać design”, Karakter, Kraków, 2015. Korzystam z e-booka więc nie będzie odnośników do stron, gdyż ta nowoczesna technologia nie oferuje żadnego sensownego rozwiązania tego problemu. Musicie jakoś z tym żyć.

Reklamy

2 myśli w temacie “O tym jak M. Wicha skłonił mnie do wspominania dzieciństwa. Między innymi.”

  1. Książka jest dobra, jednak z tym dizajnem wcale nie jest tak źle. Wydaje mi się autorska twórczość społeczeństwa (wspomniane pastelowe elewacje czy ład przestrzenny) to inicjatywy oddolne w czynie społecznym robi się ten pasztet wizualny.
    Inna sprawa to to, że studia wzornictwa to albo ASP albo politechnika z minimalnym namysłem socjologicznym, może być ładnie lub sprawnie, niekoniecznie już funkcjonalnie i bardzo często „sobiepańsko” bo projekty zawieszone są w próżni.
    Warto pamiętać też, że takie banalne wręcz przaśne rozwiązania się odbiorcą podobają 🙂
    A dizajn PRL to obecnie topowy kierunek w urządzaniu wnętrz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.