literatura amerykańska

Tony Horwitz „Błękitne przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka”

blekitne przestrzenieJak większość Amerykanów, wiedziałem o kapitanie Cooku wyłącznie to, czego nauczyłem się na lekcjach geografii w piątej klasie. Nie zdając sobie z tego sprawy, przyswajałem sobie jego przygody, oglądając serial Star Trek. […] Dopiero wiele lat później zdałem sobie sprawę, do jakiego stopnia Star Trek stanowił echo prawdziwej historii. Kapitan James Cook – kapitan James Kirk. „Endeavour” – „Enterprise”. Cook, chłopak z chłopskiej rodziny z Yorkshire, zapisał w dzienniku, że dotarł „dalej niż ktokolwiek przedtem”. Kirk z farmerskiej rodziny z Iowa, pisał w dzienniku o śmiałym dążeniu „tam, gdzie się nikt dotąd nie zapuścił”. Cook zbliżał się do brzegu w szalupie, w towarzystwie przyrodnika, lekarza i żołnierzy piechoty morskiej odzianych w czerwone kurtki i wyposażonych w muszkiety. Kirk przenosił się na odległe planety z oficerem naukowym panem Spockiem, doktorem McCoyem i ubranymi w czerwone mundury machającymi fazerami członkami  załogi, stanowiącymi „mięso armatnie”. Ponadto obaj kapitanowie wyruszyli, by – przynajmniej w teorii – odkrywać i opisywać nowe ziemie, a nie by je podbijać czy nawracać.*

Tony’ego poznałam  w zeszłym roku, kiedy to przeczytałam „Podróż długą i dziwną”. I przepadłam. Na nic się zdały mój wrodzony pesymizm, defetyzm i zrzędliwość. Pojawił się i zaatakował znienacka rzadko spotykany zachwyt. Toteż, sięgając po „Błękitne przestrzenie” byłam pewna, że czeka mnie kawał porządnego reportażu, a mimo to zaskoczyła mnie jakość: nie spodziewałam się, że druga książka Tony’ego, po którą sięgnę, będzie jeszcze lepsza od „Podróży”. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. A jednak – stało się. Może to zasługa samego tematu, może uroku „Błękitnym Przestrzeniom” dodał jowialny towarzysz podróży Tony’ego, Roger, pełniący niewątpliwie funkcję błazna, a może po prostu od zeszłego roku tak stęskniłam się za pisarstwem tego autora.

Tony ujął mnie swoim zdystansowanym i humorystycznym stylem. Ale, przynajmniej w moim przypadku, na samym ciętym języku daleko by nie zajechał. W przeciwieństwie do wielu podróżników, swoją relację z wojaży podbudowuje solidną wiedzą teoretyczną. Krótko mówiąc, czyta: wielotomową biografię Cooka, autorstwa Beaglehole’a, dzienniki kapitana i relacje innych uczestników wypraw. Dopiero opierając się na tych informacjach i z książkami pod ręką, wyrusza w trasę śladami swojej ofiary. Podróż ma na celu nie tylko poznanie i opisanie stanu obecnego ale też wytropienie, czasem wynaturzonych, pozostałości z przeszłości. Konfrontacja XVIII-wiecznych opisów podróży, ze współczesną recepcją Cooka jest punktem wyjścia do odautorskich refleksji – specjalności Tony’ego. Czasem uderza on w tony podniosłe, troszkę ubarwiając porównania, a nawet uciekając się do hiperbolicznych opisów:

Przez znaczną część trasy Cook żeglował na ślepo: po wodach, których nikt nie opisał, ku nieznanym lądom, przez strefy huraganów, o których nie ostrzegało nic poza chmurami na horyzoncie. Jedynym współczesnym doświadczeniem, które wydawało się służyć odległą analogią, były wyprawy w przestrzeń kosmiczną; jeden ze statków NASA nazywano zresztą „Endeavour”. Jednak nawet to porównanie nie oddawało w pełni bezbronności okrętu Cooka. Astronauci mają łączność satelitarną ze stanowiskiem dowodzenia na Ziemi i dysponują najnowocześniejszymi narzędziami, w razie gdyby trzeba ich było ratować z opresji. Cook wypłynął daleko poza zasięg pomocy, a nie miał nawet tratwy ratunkowej. (59-60)

Można mu to jednak wybaczyć, zaliczając na poczet zboczenia zawodowego. Przecież dziennikarzem będąc, wie doskonale, że odrobina przesady w opisie jest dobrą przynętą dla czytelników rządnych sensacji. Z tego samego powodu opisów humorystycznych scenek, tak naprawdę nie wnoszących wiele pod względem merytorycznym, jest w książce masa. Autor, poznając trasę wędrówki, w zasadzie dość nudnego, metodycznego podróżnika, urządza sobie happening. Nie byłby przecież sobą gdyby nie wypróbował czego się da na własnej skórze. Jak na przykład mogło wyglądać lądowanie na Tahiti?

Znaleźliśmy spokojne miejsce na końcu plaży, koło kobiety z dwójką małych dzieci. Zabrałem ze sobą egzemplarz Wskazówek, które Cookowi dał Earl of Morton, przewodniczący Towarzystwa Królewskiego, a które dotyczyły właściwego zachowania się wobec wyspiarzy. Cook wykorzystał Wskazówki przy formułowaniu zasad zachowania się, które odczytywał głośno swoim ludziom przed okrążeniem zatoki Matavai. Postanowiłem zrobić to samo.
„Okazujcie jak największą cierpliwość i wyrozumiałość wobec tubylców – zaczął Morton. – Oceńcie, czy marynarze nie są rozdrażnieni, i powstrzymajcie bezmyślne używanie broni palnej. […] Żaden naród europejski nie ma prawa zająć żadnej części ich kraju – czytałem dalej – ani osiedlić się wśród nich bez ich dobrowolnie udzielonej zgody”.
Roger pokiwał głową i zwrócił się do siedzącej obok kobiety.
– Czy zgodzi się pani, byśmy zajęli tę plażę dla Wielkiej Brytanii?
– Excusez-moi?
Zardzewiałą szkolną francuszczyzną wyjaśniłem, że przybyliśmy, by odegrać lądowanie Cooka z 1769 roku.
– Gdzie wasz statek? – zapytała po angielsku.
– Zatonął – oznajmił Roger z kamienną twarzą i sięgnął po torbę. – Proszę się nie przestraszyć na widok tego, co się teraz będzie działo.
Wyciągnął dwie peruki, kupione w sklepie z kostiumami w Sydney. Trzymałem Rogera za słowo dane po pijaku w Australii, że wizytę w zatoce Matavai odegramy jak prawdziwi Anglicy. Jednak osiemnastowieczne peruki marynarskie okazały się trudne do zdobycia, zdecydowałem się więc na doskonałe zastępstwo: ogromne białe mopy wykonane z łaskoczącego syntetyku.
– Godne pożałowania – powiedział Roger, naciągając swoją perukę. […]
Wyciągnął nasz ostatni rekwizyt – brytyjską flagę.
– Wyprodukowano na Tajwanie – odczytał z metki.(78-79)

Takie inscenizacje oczywiście wiele nie pomogą. Są świetną zabawą, dla autora i  dla czytelnika, nie oddają jednak atmosfery osiemnastowiecznych przygód. Przepaść między ówczesnym, nieodkrytym światem Pacyfiku, a dzisiejszymi czasami jest zbyt duża, a pamięć potomnych uległa zatarciu. Dlatego też w każdym miejscu odwiedzanym przez Tony’ego, kapitan Cook w zbiorowej świadomości jest inną postacią. Od nowozelandzkiej wizji krwiożerczego mordercy zajmującego ziemie i mordującego Maorysów, po ludyczną wersję w postaci kapitana „Ciasteczko” w australijskim, zapyziałym Kurnell:

– Mówimy o Cooku więcej niż w innych szkołach, ponieważ jesteśmy tak blisko miejsca, w którym przybił do brzegu – powiedziała Leanne. Po lekcji zaprowadziła mnie do auli na szkolny apel. […] Na scenie pojawił się dyrektor szkoły, niosąc wypchaną lalkę w niebieskiej kurtce i butach z klamrami. Leanne trąciła mnie łokciem.
– To kapitan Cookie – szepnęła.
Kukła, siedząca na niewysokim czerwonym tronie, zwanym „krzesłem Cookiego”, wędrowała co tydzień do tej klasy, która najlepiej się zachowywała, i zostawała tam aż do następnego apelu. Tradycja miała swój początek kilkadziesiąt lat temu, gdy nauczycielka prac ręcznych uszyła lalkę.
– Rodzice zabierają kapitana Cookie do domu i go naprawiają – szepnęła Leanne. – Zagłaskują go na śmierć. (str. 215)

Dociekliwość i uczciwość, posunięta do tego stopnia, że autor niemal przeprasza, że nie da rady odwiedzić absolutnie wszystkich miejsc z podróży Cooka (mroźne wody Antarktyki sobie odpuszcza) budzi szacunek. Upór w śledzeniu najmniejszych śladów kapitana prowadzi Tony’ego w miejsca mało znane i zmusza do uczestnictwa w kuriozalnych wydarzeniach, jak na przykład Igrzyskach Całkowitego Relaksu w Cooktown:

Warren dodał, że ostatni raz był w Cooktown podczas przygotowań do igrzysk olimpijskich w Sydney w 2000 roku, gdy organizatorzy przekazywania znicza na terenie Australii postanowili pominąć Queensland jako zbyt odległy. Tak to rozwścieczyło Warrena, że sponsorował alternatywne igrzyska w Cooktown, nazwane Igrzyskami Całkowitego Relaksu. Dyscypliny sportowe obejmowały spanie na leżaku, spoglądanie na fale i synchronizowane picie. Igrzyska w Cooktown miały nawet skandal w stylu iście olimpijskim.
-Musieliśmy zdyskwalifikować kilku zawodników w konkursie spania na leżaku, bo natankowali się grogu. (str. 255)

A także w inscenizacji przybycia Cooka do Australii w czasie tychże obchodów:

Warren odwrócił się, by powitać innego mężczyznę: Roba Bucka, który odtwarzał rolę Cooka w dorocznym spektaklu upamiętniającym przybycie „Endeavoura” do brzegu. Mierzący niewiele ponad metr siedemdziesiąt Rob […] niebyt przypominał kapitana.
– Cook pewnie nosił buty na platformach – powiedział o różnicy wzrostu. – To przecież były lata siedemdziesiąte.
– Ale osiemnastego wieku.
– Co za różnica.
Przedstawienie miało być odegrane po raz trzydziesty siódmy, ale wciąż polegało na improwizacji.
– Jest scenariusz, ale ja zwykle zapominam tekstu – powiedział Rob. Rok temu zapomniał słów w chwili, gdy miał powiedzieć członkom załogi, by przygotowali wodę i drewno na opał. – Więc powiedziałem w końcu: „Poruczniku Hicks, niech pana ludzie coś zrobią”. – Wzruszył ramionami. – Większość ferajny i tak była już zbyt wstawiona, by cokolwiek zauważyć. (str. 255-256)

Czy tygodniowych poszukiwań czerwonego banana (zwanego hulahula) na wyspie Niue:

Następnego ranka obudziłem się z męczącego snu, w którym zabiłem Beaglehole’a kulą armatnią. Męczyła mnie zgaga, tak samo jak Rogera […].
Przewrócił się na bok i zapalił papierosa.
– Może nas trują, żebyśmy nie znaleźli hulahula. – Wypuścił dym w zamyśleniu. – Myślałem o tym. Zawiązano tu spisek, mający na celu ukrywanie czerwonych bananów, bo ludzie wstydzą się nazwy Dzika Wyspa. Wszyscy mówią, że dawniej czerwone banany były, a teraz ich nie ma. To bardzo podejrzane.
– Wpadasz w paranoję.
– Wcale nie. Jak zwykle w brutalny sposób, bez finezji, poruszyliśmy temat, na punkcie którego są bardzo drażliwi. Przypominamy tym pobożnym ludziom o przeszłości pełnej przemocy i atakach na niewinnych tubylców. – Przerwał. – Jeśli ty o tym nie napiszesz, ja to zrobię. Polowanie na Czerwony Banan:  thriller owocowy. […] Możesz mieć nawet komórkę terrorystyczną o nazwie Frakcja Czerwonego Banana. (str. 316)

Temat obszerny, kapitan zwiedził wszak pół świata, więc i przeróżnej maści opowieści z podróży Tony’ego jest bezliku. Łączy je wszystkie humor i spostrzegawczość autora, pomieszane z lekką nutką goryczy wynikającą z niemożności zbliżenia się do utraconej przeszłości, dostępnej już tylko poprzez księgi. Bo taki smutny wniosek z radosnej wyprawy Tony’ego płynie.

HMB Endeavour
Replika HMB Endeavour. Za niewielką opłatą można zaciągnąć się w charakterze majtka pokładowego. Tylko, że najpierw trzeba by się dostać do Australii.

                                             

Bonus – z wyprawy śladami Tony’ego. Gdzie jest Cook?

James_Cook_Statue Greenwich 2006
Nie ma. Zabrali.

Mój ulubieniec w pogoni za śladami kapitana zawitał też do Londynu. Wszak to baza wypadowa wielkiego tułacza. Uderzające jest, jak mało po nim tam właśnie pozostało. Żadnych wzmianek bądź eksponatów nawet w National Maritime Museum, ale przynajmniej jeden niepozorny pomnik stał przed tym budynkiem. To jedyny ślad Cooka w Londynie odnaleziony przez Tony’ego.

W czerwcu roku pańskiego 2015 wybrałam się więc śladami mojego ulubionego autora. Moja analogowa mapa Londynu zdradziła miejsce bytowania pożądanej rzeźby: miał stać tam, gdzie Tony go pozostawił, na trawniku koło wspomnianego wyżej muzeum.  Jakąż konsternację wzbudziło w mnie więc znalezienie w miejscu oznaczonym na mapie jako „Captain Cook Statue” furgonetki z lodami włoskimi.

Ponieważ trochę nietaktowne byłoby zapytanie lodziarza, co z pomnikiem uczynił (może rozjechał furgonetką? Sprzedał? Zezłomował?) obeszłam wzdłuż i wszerz okolice muzeum, tylko po to, by odejść w końcu z kwitkiem. Nie ma. Zabrali. Nawet jeden Cook się nie ostał. Lody włoskie ważniejsze. A nie wyglądały nawet na dobre.

Zrobiłam więc, w akcie protestu, zdjęcie pajęczyn w nosie pomnika admirała Nelsona, który miał na tyle szczęścia, że go nie zabrano, może dlatego, że stał pod arkadą, gdzie żadne lody ani kebab, by się i tak nie zmieściły, i odeszłam niepyszna.

DSCF0491
„Witam. Jestem Nelson, i mam w nosie pajęczyny”

Cook, choć nie ten sam, znalazł się następnego dnia w okolicy Trafalgaru, całkiem nowy, wypolerowany i błyszczący, wyprany w Perwollu Black Magic, a idący obok niego anglosaski bachorek zakrzyknął na widok bikorna „Mamo, patrz! Pirat!”.

Hook, Cook – co za różnica?

James Cook_Admirality Arch
Nowy, wspaniały Cook.

* Tony Horwitz Błękitne przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka, przeł. Barbara Gadomska, W.A.B., Warszawa, 2013, str. 14. Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania, a odnośniki do stron umieszczone są bezpośrednio w tekście.

3 myśli w temacie “Tony Horwitz „Błękitne przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka””

  1. Mnie te opisy wygłupów (prawdopodobnie niesłusznie) zniechęcają do lektury. Kojarzy mi się trochę z Angolami biegającymi z gołym tyłkiem po krakowskich ulicach o 2 w nocy. I mimo zaklęć, że przygotowani merytorycznie, że skrupulatni, nie może mnie od tego wyobrażenia odwieść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.