literatura angielska

„Wołanie Kukułki” R. Galbraith

Do tej pory próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, która ilość sprzedanych egzemplarzy takwolanie-kukulki- naprawdę oddaje wartość tej książki. Czy 1500 opchnięte w trzy miesiące, zanim ujawniono tożsamość rzekomo początkującego pisarza, Galbraitha, czy te „zawrotne” 18000 sprzedanych tomiszczy w tydzień po ujawnieniu szokującej prawdy o męskim wcieleniu Rowling?

Można rzec: magia nazwiska, zaufanie do marki i (jednocześnie tłumacząc względnie małą popularność Galbraitha) niechęć do kupowania kota w worku. Wybaczcie, że tak cisnę wam w twarz komunałem, ale każdy pisarz był kiedyś debiutantem, a twory takich ludzi mają to do siebie, że często muszą odczekać zanim zostaną zauważone i docenione, a potem, dzięki promocji garstki zachwyconych czytelników i recenzentów, popularność nabiera impetu. Czasem to trwa wręcz dekady, a wtedy może taki pisarz się puszyć, że wyprzedził swoją epokę (podczas gdy pewnie miał bęcwał słaby PR).

Nie jestem jednak całkowicie przekonana, że „Kukułka” byłaby tak popularna, gdyby spisek się nie wydał, chociażby ze względu na popularność gatunku. W morzu kryminałów i produktów kryminałopodobnych naprawdę ciężko wyłowić prawdziwą perłę. To częściej kwestia szczęścia i przejściowej mody, niż faktycznych zasług i walorów książki.

„Kukułka” jest przy tym kryminałem dość tradycyjnym, o czym świadczy choćby fakt, że fabuła, jej sposób prowadzenia, a nawet protagoniści wpisują się w moje stereotypowe pojęcie o „klasycznym” kryminale. Jest to tym bardziej uderzające, że stało się tak, mimo iż kryminałów nie czytam wcale (pomijając „Sprawiedliwość Owiec”, ale tam barany prowadzą śledztwo, więc to jednak nie jest sztandarowy reprezentant gatunku). Schemat akcji z serią przesłuchań świadków poprzedzonych trupem jest przecież kwintesencją gatunku. Tego braku oryginalności nie zmienia postać głównego bohatera, Cormorana, doświadczonego przez los, weterana wojennego, z problemami uczuciowymi. Jego ludzkie cechy wpisują się przecież perfekcyjnie w modny ostatnio nurt tworzenia bohaterów „upośledzonych”. Przecież obecnie nawet Iron Man upija się w sztok. Tym bardziej detektyw – z założenia człowiek jak każdy z nas – musi mieć przywary i kłopoty zwykłego śmiertelnika (choć nie każdy zjadacz chleba może poszczycić się urwaną na wojnie nogą). Tak samo Robin, zdolna i pracowita asystentka Cormorana, skrywa przed nim, ale już nie przed czytelnikiem, swoje małe śmiesznostki, w poczet których zaliczymy infantylizm (ojej, pracuje w agencji detektywistycznej, a zawsze o tym marzyłam jako dziecko!) i chrapkę na komplementy i pochwały (dotyczące intelektu), które ewidentnie bardziej ją motywują, niż sama chęć rozwikłania sprawy.

Persona non grata – detektywi tak inteligentni, że rozwiązują zagadkę, której czytelnik sam nie jest w stanie rozwikłać – zastąpiona zostaje osobnikiem ludzkim do bólu (dosłownie: ah, te pęcherze na kikucie Cormorana) i z którym możemy konkurować. To znaczy moglibyśmy, gdyby czytelnik miał dostęp do wszystkich elementów śledztwa. A tak nie jest, więc nie musimy sobie wyrzucać, że nie udało nam się domyślić, kto zabił. Zawsze przecież możemy sobie tłumaczyć, że gdyby narrator ujawnił, co było na tej kartce znalezionej w torebce, albo co Cormoran zobaczył gdzieś tam, to na pewno zagadka byłaby dla nas fraszką.

Sprytne. Dzięki temu, nikt nie musi się poczuć bałwanem po ujawnieniu zbrodniarza. No chyba że ktoś lubi napawać się swoim brakiem spostrzegawczości. Ja na przykład lubię i czuję się oszukana, gdy faktycznie, nie dobrnąwszy do końca, wiem co się stanie.

Mimo tej zwyczajności „Kukułki”, byłoby ogromną niesprawiedliwością twierdzić, że popularność zawdzięcza ona tylko nazwisku autorki. To oczywiście dobra książka w swojej klasie i zaryzykuję stwierdzenie, że stylistycznie wyróżniająca się na tle reszty. I nie chodzi tylko o poprawność językową i lekkie pióro. Uderzająca jest świetna stylizacja językowa.

Kryminał, jak to kryminał, składa się przecież z przesłuchań i rozmów, a w tym obszarze mamy do czynienia z profesjonalną dyferencjacją stylistyczną: zmanierowany projektant mody mówi jak na siebie przystało, bezdomna ćpunka również, klasa średnia zachowuje swoją poprawność, a pijany Cormoran bełkocze i sepleni.

Nawet zastanawiam się, czy styl nie jest zbyt finezyjny, jak na literaturę lotniskową. Szkoda by było, gdyby tak dobra cecha, sprawiająca że być może sięgnę po następne części, została przeoczona.

                                                                 

Robert Galbraith „Wołanie Kukułki”, przeł. Anna Gralak, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 2013

Reklamy

3 myśli w temacie “„Wołanie Kukułki” R. Galbraith”

  1. Z tezą, że tworzenia bohaterów „upośledzonych” to jakaś obecna moda nie mogę się niestety zgodzić. Poirot z tym swoim ostrym wąsikiem i zmanierowaną kontynentalną elegancją budzące rozbawienie angielskiego otoczenia też jest pełen normalnych, ludzkich cech. Albo delikatna, krucha starowinka panna Marple. A Iron Men był alkoholikiem już chyba w latach 60-tych.

    1. Tylko czy wąsik to to samo co trauma po Afganistanie? Dla mnie to znak czasów. W starszej literaturze była co prawda trama po Wietnamie lub jeszcze dalej po Korei, ale to też zazwyczaj dotyczyło bardziej skomplikowanych bohaterów. Nie mówię, że to moda tylko i wyłącznie obecna, ale zjawisko przybrało karykaturalne rozmiary (takie, że niektórzy miewają dość 😛 )

      1. Dla mnie ten bohater nie wyglądał jakoś bardziej na przerysowanego niż inni, a przeplatanie wątku detektywistycznego z życiem prywatnym też nie wypadło źle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.