komiks

David B „Rycerze świętego Wita”

oklada„Rycerze świętego Wita” to, jak głosi dumnie notka na okładce, „tworzona przez siedem lat autobiograficzna historia o zmaganiach rodziny z epilepsją brata”. Akurat w moim przypadku, wydawnictwo miałoby nie lada trudność w wymyśleniu bardziej zniechęcającej reklamy. Komiks autobiograficzny? Ależ od takich dzieł wieje zazwyczaj nudą na kilometr. Rodzina z chorym dzieckiem? O nie, znowu będzie biadolenie i użalanie się nad sobą. Ale cóż począć? To nieelegancko tak z góry przekreślać komiks na podstawie własnych uprzedzeń. A przecież nie raz spotkało mnie miłe zaskoczenie dzięki testowaniu utworów, z którymi styczności mieć nie chciałam.

David B. (właściwie Pierre-François Beauchard, ale będę się dalej posługiwać literackim pseudonimem, który na szczęście jest o wiele krótszy niż prawdziwe dane (Nic, tylko winszować autorowi dobrego wyboru 😉 ) w „Rycerzach” skupia się przed wszystkim na ukazaniu relacji swojej i swojej rodziny z ciężko chorym (zdecydowanie ostra postać epilepsji, z kilkoma atakami dziennie) bratem. I tak właśnie, jak można się było spodziewać, bez lekkiego użalania się na swój los się nie obeszło.

Jest tu i temat nierozumienia brata przez otoczenie, samotności wynikającej z odsuwania się rówieśników od „dziwnych” dzieciaków, wizyt w szpitalu i wszelkich ośrodkach leczniczych oraz opis bezustannej walki rodziny o polepszenie zdrowia syna. Bezustannej i nieprzebierającej w środkach, bo i od medycyny niekonwencjonalnej nie stroniącej i, co ważniejsze, angażującej całą rodzinę. Z tego powodu też sam David od najmłodszych lat stykał się przeróżnymi sztukami ezoterycznymi, spirytyzmem, a nawet został zmuszony do przestrzegania zasad makrobiotyki w swojej diecie. I to właśnie staje się później jednym z jego głównych tworzyw artystycznych. Karty komiksu zaludniają przedziwni mnisi, uzdrowiciele, media, aż po wyobrażenia duchów, z którymi rzekomo miały te media ich kontaktować.

stworki

Stosunek autora do tej sfery dalekich od scjentyzmu środowisk jest ambiwalentny. Z jednej strony od dziecka nimi przesiąknął, po to by w wieku parunastu lat definitywnie się zbuntować przeciw podobnym niedorzecznościom. Co może wydawać się buntem bardzo powierzchownym, bo o ile fizycznie nie bierze już więcej udziału w seansach spirytystycznych, o tyle poetyka i metaforyka opowieści pozostają wciąż takie same. Toteż David, odrzuciwszy powierzchownie szarlatańskie metody leczenia brata, zostaje sam na sam z wytworami swojej wyobraźni i snów. Naznaczony za młodu fascynacją historią (zwłaszcza wojnami), opowieściami przodków o konfliktach zbrojnych, śmiercią dziadka, tworzy wizje z ocierające się o granice horroru, przy użyciu iście poetyckiej (ale mrocznej!) metaforyki.

Tak więc, młody David po śmierci dziadka regularnie udaje się do lasu na schadzki z jego duchem, wyglądającym jak czarna humanoidalna czapla. Sama choroba brata, jest niezliczoną ilość razy rysowana pod postacią potwora lub węża, a walka i poznawanie jej porównane jest do wspinaczki na wielką czarną górę.

Ta ostatnia metafora ma kluczowe znaczenie, a obraz ten powraca regularnie, w kontekście pytania, gdzie jest szczyt choroby, gdzie jest szczyt zaangażowania w nią rodziny, dokąd zmierza chory brat. O znaczeniu tej metafory świadczy dodatkowo tytuł oryginalny, który jest absolutnym majstersztykiem gry słów i znaczeń: L’ascension du Haut Mal. Polska tłumaczka wyjątkowo odważnie i trafnie wybrnęła z nieprzetłumaczalnej gry słów po prostu ją ignorując jako nieprzetłumaczalną. Mamy za to w tytule patrona epileptyków i nawiązując do walki dzieci z chorobą. Niemniej jednak, polska wersja nie oddaje wszystkich znaczeń oryginału. Samo słowo ascension znaczy tyle co wspinanie się, wstępowanie i bezpośrednio nawiązuje do metafory epilepsji jako góry, na którą wspina się chory. Haut Mal to po francusku figuratywna nazwa na epilepsję, ale w znaczeniu dosłownym haut to wzgórze, podczas gdy mal to jednocześnie zło i cierpienie fizyczne. I do każdego z tych znaczeń komiks nawiązuje w treści*.

„Rycerze”, jeśli już ktoś musi jakoś dzielić na kategorie rozrywkowe i nie, to ewidentnie jeden z tych trudnych w odbiorze komiksów. Nie tylko przez skomplikowaną metaforykę. Samo prowadzenie akcji, mimo że chronologiczne wymaga skupienia. Prezentacja wydarzeń to bezustanne balansowanie między rzeczywistością a fantazją autora i snami, sferą imaginacji wdzierającą się nagle na czysto realistyczne kadry. I nikt nas nie uprzedzi „uwaga, teraz dołożę fantazyjne stworki” (no może poza paroma momentami gdzie autor notuje sny i faktycznie wyjaśnia co zaraz nastąpi, pisząc „Sen z dnia tego a tego”).

florence 1

Sny obok świadomego fantazjowania to kolejny obszar, który stał się dla autora fascynującym tworzywem artystycznym. Zauważmy nawet mini hołd złożony Nervalowi, zdecydowanie ulubionemu poecie miłośników poezji onirycznej. Wszak nastoletnia Florence (młodsza siostra autora), właśnie jego wiersze recytuje w okresie młodzieńczego buntu. W dodatku komiksowa Florence wybiera na swój ulubiony utwór El desdichado (swoją drogą dość oklepany wybór 😉 ), ten w którym pada kolejne słowo klucz: „czarne słońce melancholii”.

Melancholii, której na skutek choroby brata, i za nią idącej samotności, każde z rodzeństwa na swój sposób doświadcza, i każde od niej w coś ucieka: chory Jean-Christophe w bezradność i bunt, David w świat fantazji i wywnętrzania jej na papierze, Florence w poezję.

florence 2

Bardzo niesprawiedliwe by było wrzucenie tego komiksu do wora z etykietą „autobiografie”. Owszem życie autora jest jak najbardziej głównym tworzywem, ale sama forma wykracza sporo poza obszar zwykłej biografii. W trakcie lektury nie sposób było mi się wyzbyć wrażenia, że fabuła, życie, rzeczywistość to tylko preteksty to popisów graficznych. Atmosfera oniryzmu sprawia, że problem choroby brata ustępuje miejsca kunsztownemu operowaniu na fantazji autora i artystycznych zmagań z jego potworami. Powstaje pytanie, ile w tej biografii jest prawdy, ile przesady, a ile poetyckiego ubogacenia. Bo trudno uwierzyć, że nastoletnia Florence naprawdę recytuje Nervala (choć kto wie? Nastolatki różnie przechodzą okres buntu…).

 bog

* Z ciekawości zajrzałam jak poradzono sobie z tym tytułem w przekładzie angielskim:”Epileptic”. To się dopiero nazywa pójść po linii najmniejszego oporu.

                                                                 

David B. Rycerze Świętego Wita; tłum. Katarzyna Koła, Kultura Gniewu, Warszawa, 2012

Reklamy

6 myśli w temacie “David B „Rycerze świętego Wita””

  1. No proszę. Słyszałem coś tam o tym komiksie, ale do sięgnięcia po tytuł całkiem udanie zniechęcił mnie właśnie ten opis wydawcy – że to o o chorobie w rodzinie. A widzę, ze to mimo wszystko całkiem ciekawa opowieść.

    1. No cóż. To jest opowieść o chorobie, tego się nie da przemilczeć, ale za to podana w interesującej formie. Przyznam szczerze, że mimo iż doceniam kunszt autora, to koniec końców nie moja bajka. Wspomniana estetyka a pogranicza horroru (a nie zeskanowałam najbardziej niepokojących kadrów!) mnie trochę przygniotła. Muszę teraz poczytać Asteriksów dla równowagi 🙂

  2. Pierwsze słyszę, niemniej zaciekawiłaś mnie. Chociaż po „Chustce” i doświadczeniach rakowych muszę trochę odczekać, aby zabrać się za kolejne doświadczenia chorobowe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.