popularnonaukowe

Hugh Brogan „Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki” czyli „Ach i och”

[…] uknuto spisek, aby go zamordować, jednakże „zawiodła odwaga tego, co miał wypalić z tegoż bezlitosnego pistoletu”,  wyjaśniał Smith. Niektórzy późniejsi prezydenci mieli mniej szczęścia. *

okladkaA czytelnicy nie zawsze mają tyle szczęścia, żeby trafić na napisaną z humorem książkę historyczną, w której warstwa merytoryczna nie cierpi na rzecz błyskotliwych popisów autora. W gruncie rzeczy, jestem z natury złośliwa i nie lubię tworzyć peanów na cześć przeczytanych książek, o ile na nie w pełni nie zasługują. Niestety „Historia Stanów Zjednoczonych”, Hugh Brogana nie pozostawia mi wyboru. Nie ponarzekam sobie tym razem.

Cóż, to było częściowo do przewidzenia. Wszak, opasłe tomiszcze wydane zostało w cyklu Historii Krajów i Narodów wydawnictwa Ossolineum, a to już samo w sobie jest wystarczającą rekomendacją. To druga seria, zaraz obok ceramowskiej, do której mam stuprocentowe zaufanie, wynikające z pewności, że Ossolineum nie wyda pozycji nie spełniających wysokich wymagań merytorycznych. Ale i w obrębie dobrych serii zdarzają się pozycje średnie, lepsze oraz perły. A „Historia Stanów” kwalifikuje się do tych ostatnich.

Co konkretnie mnie tak urzekło?

Język. O ile nie wymagam finezji stylistycznej od książek historycznych, to jeśli taka się pojawi, bardzo uprzyjemnia lekturę, zwłaszcza jeśli temat jest trudny, a zbiorcze opracowania historii narodów do takich zaliczam.

Tak więc w książce znajdziemy:

1)      Barwne metafory i porównania:

Opatrzność, która ma zgodnie z przysłowiem chronić idiotów, pijaków i Stany Zjednoczone Ameryki, stanęły na drodze między Waszyngtonem a niezasłużonym zniszczeniem. Wyglądało to tak, jakby faworyt derbów wystartował z workiem cementu na grzbiecie. (str. 191)

Tych więc, którzy badali aferę Missouri, nie dziwi fakt, że Południe zareagowało na to wyzwanie ze spokojem i z rozwagą kota oblanego wrzątkiem. (str. 327)

2)      Ironiczne odautorskie wtręty:

Miasto Nowy Jork wyrzuciło z pracy pracownika toalety publicznej za to, że był w przeszłości członkiem partii komunistycznej. Niewątpliwie, gdyby dalej tam pracował, skorumpowałby swoich klientów sowieckim mydłem lub komunistycznym papierem toaletowym. (str. 657)

3)      kpiarskie uwagi o konkretnych osobistościach historycznych, bądź całych narodach (tu zauważmy, że wszystkim dostaje się po równo):

O Edwardzie Packenhamie, szwagrze Wellingtona (Anglia):

Wymyślił on wspaniały plan ataku, który miął jedną słabość – swą niewykonalność – następnie zaś rzucił oddane mu oddziały na dobrze przygotowane okopy Andrew Jacksona. Amerykanie musieli tylko strzelać do atakujących.  (str. 251)

Niemcom też się nie upiecze:

Niemcy nie wydawali się tak bestialscy za Kaisera, jak byli później za czasów Hitlera, ale ich talent do wzbudzania antypatii był bardzo skuteczny. (str. 517)

Może jeszcze Francja:

Była to [mściwy charakter warunków pokoju Wersalskiego]  zasługa Clemenceau. Przewodnicząc konferencji, w popielatych rękawiczkach i za zmęczonymi oczami, przejawił wszystkie charakterystyczne zalety i wady francuskiej dyplomacji: nade wszystko jej wspaniałą krótkowzroczność. (str. 533)

4)      Bezpardonowe nazywanie rzeczy po imieniu. Pan Brogan nie boi się mocnych słów, nawet jeśli obraża nimi swoich pobratymców.

Odmówił wysłuchania przestrogi Williama Dowdeswella, wypowiedzianej podczas debaty nad ustawą herbacianą, że „jeśli on [North] nie zdejmie cła, to oni [Amerykanie] nie wezmą herbaty”. Kupcy Kompanii Wschodnioindyjskiej byli równie tępi i pełni optymizmu. (str. 178)

5)      Widoczne „ja” autora:

Benjamin Franklin jest tym spośród wszystkich Amerykanów, z którym najbardziej chciałbym zasiąść do biesiadnego stołu w niebie.  (str. 111)

Nie jest to zdecydowanie styl , do którego przyzwyczaiła mnie polska historiografia. Przy tym wszystkim należy zdecydowanie pochwalić tłumaczkę, za to, że tego wszystkiego nie zniszczyła.

Zwłaszcza ostatni cytowany fragment jest absolutnym zaprzeczeniem  bezosobowego stylu , do którego polskie pisma naukowe dążą. Dodam, okropnego stylu. Nie tylko dlatego , że taka bezosobowość jest nudna, ale dlatego, że jest to pusty stylistyczny zabieg, który służy stworzeniu iluzji, że dana pozycja jest czymś czym nie jest: opracowaniem obiektywnym. Taki Brogan powie otwarcie „ja lubię, faworyzuję tego i tamtego”. Czytelnik  nie musi tego wyczytywać między linijkami.  Z kolei książki, w których nie ma tak wyraźnego autorskiego ja, wcale nie są przez to mniej subiektywną wizją. Tylko taką próbują udawać. Z lepszym bądź gorszym skutkiem.

Szczere podejście Brogana, przez to właśnie, że jego preferencje są wyraźnie zaznaczone, mniej szkodzi warstwie merytorycznej niż silenie się na obiektywność. To może się oczywiście nie podobać zwolennikom frakcji, którym autor nie szczędzi ciosów. Na przykład zwolennikom „sprawy” Południa  (z pewnym przerażeniem odkryłam ostatnio, że oni żyją i mają się dobrze). Osobnikom tym, na pewno nie przypadnie do gustu niniejsze podsumowanie kultury ich kochanego Południa:

[…] przemoc Południa zawdzięczała najwięcej utrzymywaniu się niewolnictwa. Młodzieńcy musieli szkolić się w jeździe konnej i strzelaniu, tak aby skutecznie odgrywać swoją rolę w patrolach niewolniczych. W rezultacie powstała dziwna, barbarzyńska kultura, która szybko zniszczyła np. marzenie Jeffersona, że Uniwersytet Wirginii,[…] będzie krzewił wspaniałą republikańską cywilizację. Uczelnie Południa stanowiły farsę do XX w. Zamiast nauk ścisłych i greki młodzi dżentelmeni uczyli się, jak trzymać drinki, a przynajmniej jak pić na umór, jak użyć noża w bójce, jak posłużyć się pistoletem podczas pojedynki i jak grać w karty oraz uprawiać hazard i grać na wyścigach konnych. Byli to prowincjusze, nieokrzesani i aroganccy (stanowiący, jak się okazało, świetne mięso armatnie), nieposiadający natomiast cech pożądanych w czasie pokoju, takich jak poczucie rzeczywistości i odpowiedzialność. (str. 317)

Pamiętajmy jednak, że autor stara się stosować zasadę zdrowej równowagi:

Zwolennicy zniesienia niewolnictwa byli w takim samym stopniu prawdziwymi dziećmi Północy, jak plantatorzy dziećmi Południa, i na swój sposób byli równie ograniczeni. Mieli jednak więcej szczęścia. (str. 321)

Po tych zachwytach nad stylem, wypada jednak wtrącić parę uwaga na temat warstwy merytorycznej. Przyznam, że sięgnęłam po „Historię Stanów Zjednoczonych” poszukując ogólnego opracowania, które pozwoli mi w jakiś sposób zrozumieć obecną, zasadniczo różną od naszej mentalność obywateli Stanów. I muszę przyznać, że książka spełniła swoje zadanie z nawiązką. Od teraz pewnie dwa razy zastanowię się, zanim jakieś ujrzane w telewizji amerykańskie kuriozum, skwituję wyuczonym od matki zdaniem „Głupie Amerykany”. Może dziwić fakt, że ledwie (!) siedmiuset stronicowa książka tak dobrze tłumaczy procesy społeczno-polityczne, które doprowadziły do stanu obecnego. Wszystkim, którzy czytając poprzednie zdanie się żachną, mówiąc „phi, historia Stanów to tylko 200 lat”, z góry odpowiadam: „Figa. Zaczynamy przez wypłynięciem Mayflowera, czyli kolejne 200 lat wstecz. To już sporo.

Brogan sprawnie uniknął  stworzenia kolejnego nic nie wnoszącego ogólnego opracowania, skupiając uwagę właśnie na ewolucji społeczno-politycznej. Oczywiście nie pomija konfliktów zbrojnych, ale analiza ich przyczyn i, przede wszystkim, skutków z uwzględnieniem wypływu na teraźniejszość zajmuje wielokrotnie więcej miejsca. Natomiast absolutnie nie znajdziemy typowego przebiegu działań zbrojnych. Czyli Fanów informacji, która strona konfliktu w Wojnie Secesyjnej posługiwała się muszkietami odtylcowymi, zapraszamy do innych pozycji 🙂

Zamiast klasycznego zakończenia, jeszcze raz chciałabym oddać głos autorowi:

[…] niezweryfikowana legenda jest największym wrogiem historycznej prawdy. Cenny wgląd, jaki daje, zbyt łatwo gubi się w fantazji, nieistotności i fałszu. Epika zajmuje przestrzeń, która powinna należeć do statystyki. (str. 243)

Nie sposób się nie zgodzić.  I muszę mu podziękować, że mimo sporej dozy epiki, nie sprzeniewierzył się swoim słowom.

                                                                                                          

* Hugh Brogan, Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki, przeł. Elżbieta Macauley, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, 2011; str. 30. Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego wydania. Odnośniki do stron umieszczone zostały bezpośrednio w tekście. Wszystkie wyróżnienia w tekście są mojego autorstwa.

Reklamy

2 thoughts on “Hugh Brogan „Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki” czyli „Ach i och””

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s