komiks, popularnonaukowe

Ewa Witkowska „Komiks japoński w Polsce”

Zastanawiam się, jak temat „Komiksu japońskiego w Polsce” ugryźć tak, by nikogo nie obrazić, ani też nie popadać w nienależny (mimo niewątpliwej zasługi, jaką jest próba zapełnienia niszy na rynku obiektywnych opracowań tematu) zachwyt. O ile uwielbiam lektury zmuszające czytelnika do myślenia i stawiania sobie rozwijających pytań, to nie jest dobrze, jeżeli to są wątpliwości natury formalnej. Mnie, w trakcie lektury frapowały trzy bardzo konkretne pytania. A mianowicie:

Do jakiego (do licha) odbiorcy książka jest adresowana?

Podtytuł dzieła brzmi „Historia i kontrowersje”, toteż czytelnik mający nadzieję na opis dziejów mangi w Polsce i problem recepcji, nie zawiedzie się. Merytorycznie treść trzyma się tematu, szkopuł tkwi w  jego albo zbyt powierzchownym, albo zbyt szczegółowym opracowaniu. Sprzeczność? Nie do końca. Patrząc z punktu widzenia osoby, która nie miała z mangą do czynienia, a chciałby ją poznać, pierwsza część jest przeładowana informacjami: nowe nazwisko goni kolejne, fakty, nazwy gatunków, daty wydań piętrzą się na kolejnych stronach. Oszaleć by można od nawału informacji.

Z kolei, jeśli książka trafi do ręki osoby interesującej się tematem, abstrahując od wywoływania uczucia nostalgii poprzez przypomnienie czasów raczkowania japońskich gryzmołów na rynku (Ach, gdzie te czasy „Secret Service”?), nie jest źródłem odkrywczych informacji. Takiego czytelnika może drażnić fakt, że obok uzasadnionych przypisów odsyłających do źródeł, znajdują się takie, pod którymi kryją się definicje pojęć znanych. Czytelnik mangi nie potrzebuje wyjaśnienia co to jest „fanzin” czy „fandom”, z kolei laik potrzebował będzie krótkiego wyjaśnienia terminu „sentai”, a tego mu poskąpiono. Nie da się „zjeść ciastka i mieć ciastka” więc wypadałoby z góry zdefiniować adresata, bo jeśli będzie się próbowało uszczęśliwić wszystkich, to skutek może być zupełnie odwrotny.

Czy to jest czyjaś praca magisterska/licencjacka?

Czasami, gdy napotykam dzieło, w którym często zdarzają się strony, na których więcej miejsca zajmują wspomniane przypisy niż treść główna, mam wrażenie, że czytam czyjąś pracę zaliczeniową. Pół biedy, jeśli są to odsyłacze do bibliografii czy faktycznie wtręty, które żal było porzucić, bo są ciekawe, ale przerwałyby ciągłość wywodu. Gorzej jednak gdy treść zaczyna być kompilacją zdań, z których każde jest parafrazą wypowiedzi z różnych tekstów źródłowych. A to niestety przywodzi mi na myśl uniwersyteckie legendy o promotorach-sadystach, twierdzących, że magistrant nie ma prawa do własnego zdania i każdy sąd musi być podparty „autorytetem”, bo sama logiczna argumentacja nie jest wystarczająca. Nie mam o to pretensji w przypadku rozdziału o recepcji mangi w mediach, bo oczywiste jest, że będą tam cytowane artykuły z polskiej prasy, ale już w rozdziale o samym rozwoju gatunku i jego funkcjonowaniu nie jest to konieczne.

Czy to treść jest dostosowana do formatu książki, czy format do treści?

„Komiks japoński…” to nie jest obszerne dzieło, raptem dwieście stron, z czego jedna trzecia to aneksy. Pierwsze sześćdziesiąt stron to opis rozwoju mangi i wydawnictw z nią związanych i, niestety, jeśli określenie jej „wtórną” jest przesadzone, zarzut nie wnoszenia nowych informacji jest już jak najbardziej uzasadniony. Szkoda, że ta część zajmuje prawie połowę treści, bo dopiero w części dotyczącej kontrowersji  książka robi się ciekawa i przestaje się posiłkować „autorytetami” w co drugim zdaniu. Porusza oczywiście problemy stereotypowego odbioru mangi: bo to zło, przemoc, gołe baby i okultyzm. A Pokemony zjedzą wasze dusze i dostaniecie epilepsji.

Chwała autorce za to, że zbierając te przez lata powielane uproszczone osądy, podchodzi do nich z naukowym obiektywizmem. Oczywiście są tu fragmenty skłaniające do polemiki, jak choćby konstatacja, że Europejczyk nigdy nie zrozumie mangi z powodu różnic kulturowych, czy wyjaśnianie pewnych zjawisk z perspektywy gender studies, co zapewne nie wszystkich czytelników oczaruje, ale właśnie dla tej części polemicznej warto po książkę sięgnąć.

Również w tej części  pojawiają się mniej znane ciekawostki, jak na przykład temat eksperymentalnej resocjalizacji poprzez mangę. Czy można się oprzeć prostodusznej argumentacji cytowanego w książce dyrektora gliwickiego zakładu karnego, wyłuszczającego zbawienne rezultaty terapii mangowej, widoczne u więźniów:

Przynajmniej kiedy zajmują się mangą, nie biją i nie gwałcą innego osadzonego*

Tylko dlaczego ta część jest tak krótka? Czy to z góry była narzucona ilość miejsca i trzeba było kończyć by zmieścić bibliografię(skądinąd bogatą i pomocną)  i aneksy mang wydanych w Polsce (co już było zbędne, skoro informacje tego rodzaju łatwo znaleźć w intrenecie).

Ponarzekawszy wystarczająco, jeśli nie zbyt dużo, muszę oddać sprawiedliwość pani Witkowskiej, gdyż podjąwszy się dzieła niejako pionierskiego, po za wspomnianymi wyżej niedociągnięciami (które przecież nie każdemu czytelnikowi muszą przeszkadzać), wychodzi z niego obronną ręką. Na szczęście bez subiektywnych „achów i ochów” ale też racjonalnie walcząc z obiegowymi, niekoniecznie prawdziwymi opiniami, stworzyła dziełko, które tematu co prawda nie wyczerpuje, ale otwiera drogę ewentualnym następcom, którzy wybrane aspekty mogli by rozwinąć. A tematów ciekawych, a zaledwie muśniętych w tekście, jest naprawdę sporo.

*Małgorzata Goślińska, Silny znaczy dobry, „Gazeta Wyborcza”, 2003, nr 288, s. 12, cytowane  przez Ewę Witkowską w Komiks japoński w Polsce; Kirin, Toruń, 2012, s. 93

6 myśli w temacie “Ewa Witkowska „Komiks japoński w Polsce””

    1. Cóż, kwestia preferencji. Ja lubię mangę, aczkolwiek nie podchodzę do niej z nabożną czcią. Jak w każdym gatunku są książki dobre i złe, tak samo z mangą. Trudno by mi było poprzeć piewców gatunku, stawiających ją na równi z literaturą. Traktuję to tak samo jak czytadła, po które sięgam dla czystej rozrywki.
      Zakładam jednak, że w twoim wypadku to też kwestia gustu czytelniczego, a nie strachu przed „zgnilizną moralną” propagowaną przez mangę 😉

  1. Hehe;) Mam tego typu dylemat za każdym razem, gdy piszę artykuł o Japonii do niejapońskiego pisma: do jakiego czytelnika adresować tekst i co powinnam wyjaśnić w przypisie, a czego wyjaśniać nie muszę? Tudzież w przypadku recenzji: czy recenzować książkę naukową pod kątem laika i jego odbioru, czy pod kątem osoby, która o Japonii niejedną pozycję przeczytała i do tekstu sama może podejść polemicznie/krytycznie? Ciężkie to, powiem ci.

    1. Ano wierzę, że z perspektywy autora to musi też być spory problem. Dlatego też tego rodzaju niedopatrzenia, jeśli są nieliczne, łatwo wybaczam.
      Ale w przypadku twoich recenzji, nigdy nie miałam problemów w odbiorze, nie będąc wcale ekspertem w dziedzinie Japonii 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.