literatura szwedzka, wyzwanie czytelnicze

Peter Fröber Idling „Uśmiech Pol Pota”

Można odnaleźć podobieństwa między tamtym czasem a teraz. Ale wyraźna różnica jest taka, że dzisiaj brakuje wiary w sensowność politycznej opozycji. Brak też wybitnych intelektualistów, który byliby w stanie pokierować oporem.

Dzisiejsi młodzi to dzieci tych, którym udało się przeżyć […], bo zgięli kark, trzymali język za zębami i pilnowali swojego.*

Wygląda znajomo? O czymkolwiek sobie pomyślałeś, reportaż Idlinga dotyczy Kambodży. Dopiero w szerszym kontekście nawiązuje do wszystkich krajów, które padły ofiarą eksperymentalnych prób zaprowadzenia ustroju komunistycznego. Stalin, Kim Ir Sen, Pol pot… co za różnica? Wszyscy oni są winni masowych zbrodni popełnionych na swoich własnych narodach.

Przy czym, mam niejasne przeczucie, że w kraju, gdzie większość naukę historii kończy na II wojnie światowej, i to jak dobrze pójdzie, nazwisko Pol Pota czy nazwa Czerwonych Khmerów, nie kojarzy się absolutnie z niczym. Mylę się? Daj boże. Jeśli jednak nie, polecam „Uśmiech Pol Pota” jako lekturę obowiązkową wszystkim tym, którzy o takowym panie słyszą po raz pierwszy w życiu. Dla czytelników, którzy jednak orientują się w temacie, również nie będzie stratą czasu. Z wielu powodów.

Okres dyktatury Czerwonych Khmerów, z Pol Potem na czele, przypada na lata 1975-1979. Przez ten krótki czas próby przeprowadzania błyskawicznej rewolucji proletariackiej, stworzenia kolejnego komunistycznego państwa, które miało w założeniu udowodnić, że możliwe jest osiągnięcie marksistowskiego ideału, zginęło 1,7 miliona ludności(według oficjalnych szacunków) z głodu, w skutek egzekucji bądź z wyczerpania. Tyle historii.

Koncept Idlinga polega na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie jak to możliwe, że, mimo powyższych faktów, oficjalne delegacje z zaprzyjaźnionych zagranicznych organizacji, między innymi ze Szwecji, podróżując po Kambodży, widziały sielankę i zadowolonych z pracy ludzi, uśmiechniętych i zdrowych.

Skupiając się na tej sprzeczności, autor zbiera informacje z przeróżnych źródeł. Przede wszystkim próbuje dotrzeć do żyjących wciąż świadków wydarzeń zarówno w Kambodży jak i w Szwecji. Z różnym skutkiem, bo jedni obszernie wypowiadają się na temat, inni wolą przemilczeć tamte czasy, niektórzy są szczerzy, inni znów próbują naginać fakty, żeby się wybielić. Część z nich odmawia w ogóle wszelkich kontaktów z dziennikarzem, ale nie znaczy to, że ich „wkład” Idling przemilcza, bo sam fakt odmowy i jej okoliczności są znaczące.

Kolejnym fundamentem reportażu są wszelkiej maści artykuły z gazet z tamtych okresów, przemówienia działaczy Khemrów i bogata bibliografia. To z książek innych autorów Idling zaczerpnął inspirację do fragmentów biografii Pol Pota, które po umiejętnym przetworzeniu są wplecione w tekst tam gdzie, przeszłość dyktatora wyjaśnia późniejsze wydarzenia. Z takich fragmentarycznych obrazów z jego życia, wyłania się zarys sylwetki Pol Pota, człowieka z nizin społecznych, który zrządzeniem losu trafił na studia we Francji lat 50-tych, gdzie liznął trochę cywilizacji i, niestety, idei marksistowskich. A po szybkim powrocie, bo będąc średnio zdolnym szybko ze studiów został wyrzucony, był katalizatorem działań Czerwonych Khmerów. Co ciekawe, autor sugeruje, że pojęcie o komunizmie i tym, co próbują zrobić, u przywództwa partii było dość nikłe. O tym świadczy fragment rozmowy między Gunnarem Bergströmem (jednym z uczestników delegacji szwedzkiej, która gościła w Kambodży w 1978 roku) a Sok Rimem (przewodnikiem):

„Wprowadziliśmy już przecież dyktaturę partii.”
„Chciałeś powiedzieć chyba: dyktaturę proletariatu?”
„Nie rozumiem.”
„Dyktaturę proletariatu. Wprowadziliście chyba dyktaturę proletariatu?”.
„Ale ja, towarzyszu nie rozumiem. Przecież to jest to samo”(str. 184)

Bo przecież to jest to samo, prawda? I pewnie stąd też przerażający, ale jakże oczywisty i zwyczajny, bo pojawiający się zawsze w podobnych przypadkach, kontrast miedzy tym jak żyją i umierają skrajnie wyczerpani „realizacją planu” robotnicy, a jak żyją przywódcy Organizacji, popijając whisky, której im nie brakuje nawet w momencie odwrotu wobec postępującej inwazji sąsiedniego Wietnamu.

W związku z powyższym, mimo że Idling ostatecznie nie opowiada jasno czy tytułowy uśmiech to wyraz prawdziwego zadowolenia, czy kpina, czy znak rozpoznawczy nowej kasty władców, trudno nie dojść do wniosku, że to drwina z oszukanych obywateli, którzy mimo chlubnych założeń, pracują na dobrobyt rządzących:

[…] wszyscy uśmiechali się tak samo. Jakimś zmanierowanym uśmiechem, jakby kopiowali kogoś innego. Kogoś ważniejszego, w kraju, gdzie wszyscy mieli być jednakowo ważni. Opuszczali troszeczkę głowę i jakby obnażali w tym uśmiechu tylko górne zęby. Bezradosny grymas. […] Właśnie to łączyło wspólnotę wybrańców. (str. 249)

Trzecie źródło, z którego Idling czerpie pełnymi garściami to przeróżne teksty źródłowe dopełniające całości obrazu. Znajdziemy tu między innymi dosłowny przedruk przykazań nagryzmolonych na tablicy w celach miejsca zagłady jakim było więzienie S-21. Co jakiś czas autor raczy nas cytatami z haseł propagandowych utrzymanych w dobrze znanym nam stylu maksym komunistycznych, jak na przykład:

ŁOPATA TO TWOJE PIÓRO, POLE RYŻOWE TO TWÓJ PAPIER! (str.20)

czy

KOLEKTYW DECYDUJE, JEDNOSTKA PONOSI ODPOWIEDZIALNOŚĆ! (str. 114)

Do tego wszystkiego, w reportażu zawarte są podstawowe fakty historyczne. Nie jest to może bardzo rozbudowana część, zawiera tylko naprawdę niezbędne informacje o przyczynach i wydarzeniach w Kambodży. Ale i przywołuje wydarzenia zewnętrzne, które wpłynęły na losy kraju, łącznie z dwuznaczną działalnością Kissingera w trakcie wojny wietnamskiej. Wszystko to podane, bardzo skrótowo i, poza rzadkimi fragmentami, nie ma jednoznacznej oceny wydarzeń. To do czytelnika należy wypracowanie sobie zdania na podstawie udostępnionych informacji. Bardzo czytelnych zresztą, bo w przypadku reportażu cytowane dokumenty, czy krótkie fragmenty rozmów polityków wywierają większe wrażenie niż kilometrowe wywody socjohistoryczne z analizą przyczyn i skutków z każdej możliwej strony.

Dlatego też aktywny udział czytelnika jest niezbędny, tym bardziej, że przy takiej ilości przeplatających się źródeł, podanych w formie kolażu, to on musi poskładać w całość kawałki układanki. Bowiem „Uśmiech Pol Pota” tak pod względem formy, jak i językowym zahacza o najlepszą literaturę. Składa się z prawie 300 malutkich rozdzialików, z których niektóre są długości linijki. Przykładem jest rozdział 118:

„Jesteś niezwykle wyemancypowany, towarzyszu”.
To nie komplement. To wyrok śmierci. [str. 130]

Najdłuższe z nich mają maksymalnie parę storn. Do tego niekoniecznie kolejne rozdziały do siebie nawiązują. Wszystko to podane w odpowiednim stylu: jeśli mamy opis to tak plastyczny, że to, co Idling zobaczył swoimi oczyma, bez problemu odtworzone jest w wyobraźni czytelnika; jeśli jest to rozmowa, to najczęściej jest to odpowiednio przycięty dokładny przedruk wypowiedzi informatora; jeśli dokument, to tylko jego dosłowna treść bez zbędnych ozdobników i wstępów.

Ta pozorna gmatwanina jest niekłamanym atutem książki, nie dlatego, że nie jest nudnym chronologicznym reportażem, ale dlatego właśnie, że wymusza aktywny udział czytelnika. Choć podejrzewam też, że odbiór i przesłanie książki w zależności od wniosków wyciągniętych przez czytelnika mogą się różnić. Jeden stwierdzi, że to kategoryczne potępienie samego Pol Pota, inny że ogólny osąd komunizmu, jeszcze inny spostrzeże, że może częściowo go broni: nie pomija okoliczności łagodzących, jaką była częściowa nieświadomość zarządu Organizacji na temat fatalnej sytuacji gospodarczej kraju. Zauważmy, że autor nie boi się cytować ludzi wciąż wierzących, że kiedyś uda się stworzyć państwo komunistyczne. Tak jest w przypadku wspomnianego już Gunnara Bergströma:

Myliśmy się co do recepty, ale nie co do samej wizji. I ja od tamtej pory borykam się z tym, jak tę wizję dosięgnąć, żeby to się w ten sposób nie wykoleiło. Już nigdy więcej nie zaakceptuję takich wyjątków od zasady wolności słowa i druku, od praw i wolności obywatelskich. Gdzieś od marksizmu do leninizmu, już tam są wbudowane jakieś błędy, bo każdy kraj się wykoleił. […] Ja w dalszym ciągu czuję się lewicowcem, ale to musi być możliwe bez popadania w skrajność, w tę absolutną przepaść, w którą myśmy wpadli. (str. 187)

Tak więc nie ma jednej kategorycznej odpowiedzi na stawiane pytania ani jednostronnej wizji. Mamy tu multum punktów widzenia, czasem sprzecznych, jednak paradoksalnie każdy z nich jest prawdziwy. Sztuka w tym, żeby mimo niezaprzeczalnych faktów i przesłania, że dyktatura Czerwonych Khmerów była katastrofą, potrafić dostrzec i uwzględnić w swoim osądzie wszystkie okoliczności, właśnie bez popadania w skrajność, która nigdy nie przynosi pozytywnych efektów.

Peter Fröber Idling Uśmiech Pol Pota, tłum. Mariusz Kalinowski, Czarne, Wołowiec, 2010; str. 215, Wszystkie następne cytaty pochodzą z tego wydania, odnośniki do stron zawarte są bezpośrednio w tekście.

 

 

 

6 myśli w temacie “Peter Fröber Idling „Uśmiech Pol Pota””

  1. nooo nieee… ja to zupełnie inaczej widzę! przecież już sam fakt, że autor podejmuje się rozwikłać zagadkę dziwnej szwedzkiej delegacji- tzn. przebieg podróży i jej efekty- świadczy, że zdecydowanie źle ocenia Kambodżę Pol Pota. Gdyby tak nie było, albo gdy był bezstronny, to nie pytałby jak to możliwe, że delegacja Szwedów dała się tak oszukać. Zaś te retrospekcje- o masakra! miejscami się gubiłem, musiałem wracać do wcześniejszych rozdziałów- jednak jestem bardzo przywiązany do chronologicznej narracji. Moim zdaniem podbudowy czysto historycznej jest zdecydowanie za mało. Piąte przez dziesiąte o Pol Pocie wiem, ale to i tak okazało się za mało, żeby zrozumieć wszystko. W sumie książka dobra, trzymająca poziom, ale w zachwyt bym nie popadał.

    1. A to tak wyszło, że ja twierdzę, że jest bezstronny? No to nie dobrze 🙂 Chciałam tylko zwrócić uwagę, na to, że jest książka zawiera tyle różnych punktów widzenia, że wnioski można wysnuć przeróżne, nawet wbrew zamierzeniu autora.
      A chronologia, cóż, to już jest tylko kwestia gustu. Ujęcie Idlinga może drażnić. Ja jednak mam wrażenie, że by wiało nudą, jeśli reportaż by był zwykłą linearną relacją.

    1. Widać zalegające na półkach i łypiące z wyrzutem książki to problem powszechny 🙂
      W ramach dodatkowej zachęty powiem, że czyta się szybciutko (może nie lekko i przyjemnie bo temat ważki), ale w trzy wieczory bez pośpiechu da się skończyć. Inwestycja czasowa niewielka, a warto.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.